94 dni. Dziewięćdziesiąt cztery dni pozornego spokoju. Przez ten czas zdążyłam zaznajomić się z ludzką normą. Wchłonęłam typowe poranne czynności, nasyciłam usta udawanym uśmiechem, a słowa wypełniłam standardową ironią i krytycznym zgorszeniem co do wszystkiego potocznie wulgarnego, według mediów, które mi zabrano. (nadal mogłam oglądać telewizję, ale tylko tę wytyczoną przez Hannę). Byłam niczym ptak w klatce doznań pozbawiony dziobu i skrzydeł. Zakaz na książki, one jak i internet weszły w pewnego rodzaju cenzus (a myślałam, że epoka ograniczeń i tematów tabu dawno już za nami). Kiedy “terapia dobiegła końca” - a przynajmniej taką mam diagnozę w papierach - nastąpiło opuszczenie kurtyny. Całe to widowisko z odliczonymi starannie tabletkami, pochowanymi książkami w pudłach w piwnicy (które rzekomo zawierały informacje, dzięki którym szaleństwo w duszy małej {już nie takiej małej} dziewczynki mogło spokojnie rosnąć), odłączeniem internetowej magii(która zapoznała mnie ze złymi ludźmi o złych intencjach i złych poglądach), zabraniem ostrych przedmiotów(będących potencjalnym zagrożeniem dla czystych jak łza smutnych żył). A na koniec i tu gwóźdź programu - pobytem w Zakładzie Przeznaczonym Do Eliminacji Garstki Społeczeństwa Nie Chcącego Dołączenia Do Rzeszy Pustych Marionetek, a więc całe to przedstawienie ucichło, zmalały litery którymi głaskano mnie przed snem, troska obumarła bo przecież.. wyzdrowiałam. Według mnie nikt nie jest zupełnie normalny, a na mnie postawiono krzyżyk i pustą diagnozę. Strącono mnie w niezatapialne miano świra, szaleńca, obłąkanej, a z drugiej strony - traktowano mnie na równi ze 'zdrowymi ludźmi'. Zdrowy człowiek - nie potrzebuje troski, zdrowy człowiek powinien sam o siebie dbać. Kupować prezenty, przytulać w gorsze dni, a w lepsze łaskotać się nożyczkami. Tak naprawdę każdy zostawił mnie na pastwę losu. Najpierw wymęczył, a potem zostawił. I to ciągłe zastanawianie się "Jak ja sobie poradzę.."
Stało się, Nabrałam powietrza w ochrypnięte płuca, zaciągając się papierosem, używką, która według przekonań ludzi w brudnych kitlach powinna mnie zabić za każdym wypuszczonym z ust pasmem dymu.. Umarłabym już wiele razy. Śmierć nie jest taka prosta. O nie, nie. Nie łatwo umrzeć. Tak strasznie trudno umrzeć, nawet na oczach tego kota patrzącego tępo w chłodne oczy ciała, które zwiędło. Ona chciała być i istnieć, a nie zwisać bezbronnie jak teraz na prowizorycznym sznurze koło okna w pokoju gościnnym. Oczywiście, że już dawno ją pochowano, 120 lat temu. Nasz dom nie był taki młody, mimo, że niedawno go kupiliśmy. Zastanawiam się czy nie powinnam jej zdjąć.
Jeżeli ktoś teraz wyjdzie za potrzebą i zobaczy chude kobiece ciało o szorstkich już złocistych włosach, opadających na ramiona włosach, zgarbione z rozdziawioną twarzą, na skroś sine z nienaturalnie wygiętą szyją od mokrego sznuru.. Ktoś mógłby nieco się zdziwić. Miała na imię Nina, co ja gadam.. To wciąż jej imię, śmierć nie zabija tożsamości, śmierć jej tożsamości dodaje wyrazistości, uwalnia ją i zaznacza, powoduje że staje się ważna i ktoś w końcu ją zauważa. Pochodziła z Rosji. Nina opowiedziała, że jako mała dziewczyna spróbowała swoich sił w balecie. Potem była burzą hormonów, liczne koncerty, imprezy, ale to dalej nie wybijało jej z rytmu ćwiczeń i żmudnej pracy. Poszperałam w internecie, wpisując "Nina Aristov", tańczyła na licznych spotkaniach, eventach. Skonstruowała nawet własny spektakl dla swojej grupy, który pokazała w 1882 roku 21 maja, rok przed swoją śmiercią. Urodziła się w 1856 roku w dzień podpisania traktatu paryskiego Rosji i kilku innych państw, zmarła w wieku zaledwie 26 lat. Była naprawdę piękna, typowa blond-włosa słowianka z piwnymi oczami. A ten bury kot bawiący się jej kołyszącymi nogami jak zabawką z nitek to Simon, z tego co mi mówiła był niesamowicie wierny i zależny. Chodził krok w krok za jej cieniem, a w czasie prób zostawiała go z woźnym, który nie miał nic przeciwko. Podobno widział, całą jej śmierć. Nina twierdzi, że nie popełniła samobójstwa, że to ktoś zawiesił ten sznur by inni tak myśleli, a odpowiedzi można szukać już tylko u kota. Cóż, teraz jej cień jest tu i tylko nieznacznie się telepie, gdy zwłoki popchnie wiatr z uchylonego okna, a on nigdy go nie opuści. A co gdy poświata zniknie, a ona się rozsypie? Może Simon wyparuje jak kamfora. Lecz na razie czuwa. Mając nadzieje. Głuchą nadzieje.
Stało się, Nabrałam powietrza w ochrypnięte płuca, zaciągając się papierosem, używką, która według przekonań ludzi w brudnych kitlach powinna mnie zabić za każdym wypuszczonym z ust pasmem dymu.. Umarłabym już wiele razy. Śmierć nie jest taka prosta. O nie, nie. Nie łatwo umrzeć. Tak strasznie trudno umrzeć, nawet na oczach tego kota patrzącego tępo w chłodne oczy ciała, które zwiędło. Ona chciała być i istnieć, a nie zwisać bezbronnie jak teraz na prowizorycznym sznurze koło okna w pokoju gościnnym. Oczywiście, że już dawno ją pochowano, 120 lat temu. Nasz dom nie był taki młody, mimo, że niedawno go kupiliśmy. Zastanawiam się czy nie powinnam jej zdjąć.
Jeżeli ktoś teraz wyjdzie za potrzebą i zobaczy chude kobiece ciało o szorstkich już złocistych włosach, opadających na ramiona włosach, zgarbione z rozdziawioną twarzą, na skroś sine z nienaturalnie wygiętą szyją od mokrego sznuru.. Ktoś mógłby nieco się zdziwić. Miała na imię Nina, co ja gadam.. To wciąż jej imię, śmierć nie zabija tożsamości, śmierć jej tożsamości dodaje wyrazistości, uwalnia ją i zaznacza, powoduje że staje się ważna i ktoś w końcu ją zauważa. Pochodziła z Rosji. Nina opowiedziała, że jako mała dziewczyna spróbowała swoich sił w balecie. Potem była burzą hormonów, liczne koncerty, imprezy, ale to dalej nie wybijało jej z rytmu ćwiczeń i żmudnej pracy. Poszperałam w internecie, wpisując "Nina Aristov", tańczyła na licznych spotkaniach, eventach. Skonstruowała nawet własny spektakl dla swojej grupy, który pokazała w 1882 roku 21 maja, rok przed swoją śmiercią. Urodziła się w 1856 roku w dzień podpisania traktatu paryskiego Rosji i kilku innych państw, zmarła w wieku zaledwie 26 lat. Była naprawdę piękna, typowa blond-włosa słowianka z piwnymi oczami. A ten bury kot bawiący się jej kołyszącymi nogami jak zabawką z nitek to Simon, z tego co mi mówiła był niesamowicie wierny i zależny. Chodził krok w krok za jej cieniem, a w czasie prób zostawiała go z woźnym, który nie miał nic przeciwko. Podobno widział, całą jej śmierć. Nina twierdzi, że nie popełniła samobójstwa, że to ktoś zawiesił ten sznur by inni tak myśleli, a odpowiedzi można szukać już tylko u kota. Cóż, teraz jej cień jest tu i tylko nieznacznie się telepie, gdy zwłoki popchnie wiatr z uchylonego okna, a on nigdy go nie opuści. A co gdy poświata zniknie, a ona się rozsypie? Może Simon wyparuje jak kamfora. Lecz na razie czuwa. Mając nadzieje. Głuchą nadzieje.
Wczorajsze spotkanie rozbudziło we mnie wrzące wspomnienia Starych Dziejów, albo nie takich starych. Może w świecie jaki mnie nawiedził czas mija szybciej.
Tyka jak bomba, którą czuje w nogach, gdy zastygam w jednej pozie, patrząc na niebo tak jak teraz. Co noc ubywa gwiazd. Zauważyłam, że odkąd zaczęłam je liczyć z każdym kolejnym dniem pękają jak szkło sypiąc po omacku proch w moje oczy. Dzięki, któremu usypiam. Mogę w każdej chwili wyskoczyć z okna i przekonać się czy księżyc uniesie mnie, jak obiecywał. Nie zaryzykuje, od jutra zaczynam szkołę, wracam do niej jak weteran z orderem na czole “wygrałam wojnę, ale wciąż jestem psychiczna więc trzymajcie się z daleka”. A z rozbitą na drobinki twarzą po upadku z dwóch pięter myślę.. wyszłabym jeszcze gorzej.
Tyka jak bomba, którą czuje w nogach, gdy zastygam w jednej pozie, patrząc na niebo tak jak teraz. Co noc ubywa gwiazd. Zauważyłam, że odkąd zaczęłam je liczyć z każdym kolejnym dniem pękają jak szkło sypiąc po omacku proch w moje oczy. Dzięki, któremu usypiam. Mogę w każdej chwili wyskoczyć z okna i przekonać się czy księżyc uniesie mnie, jak obiecywał. Nie zaryzykuje, od jutra zaczynam szkołę, wracam do niej jak weteran z orderem na czole “wygrałam wojnę, ale wciąż jestem psychiczna więc trzymajcie się z daleka”. A z rozbitą na drobinki twarzą po upadku z dwóch pięter myślę.. wyszłabym jeszcze gorzej.
Lecę spać bo znowu słyszę ten dźwięk, to chyba kroki pod drzwiami do mojego pokoju. Jakby ktoś trzymał wartę. Dobranoc, Simon.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz