Obudziłam się 4 minuty przed 6 rano. Lubię wstawać skoro świt patrząc na obumarłe miasteczko. A raczej jego przedmieścia, bo w takim oto miejscu teraz mieszkamy. Słodko śpi, śmietnik cuchnącego bruku. Samochody w fazie rem pozbawione drażliwego dźwięku nie są już tak uciążliwe, nawet niebo w piżamie, a księżyc zmęczony. "Dajcie mu spać!" Chciałabym krzyknąć. Wszystkie poranne czynności wykonane, skarpetki na opak i poszarpane włosy. Długie i ciemne sunące po bladych niemal niebieskich policzkach. Miałam ten kolor po ojcu, tak myślę, teraz jest siwy, ale z legend wynika, że kiedyś było przeciwnie. Spojrzałam w lustro. Twarz jak ocean, a oczy dwie łodzie. Kto do nich wsiądzie? Kto zdoła? Kto może? I przepłynie Styks tajemnic bez ran wojennych? Oto daje Ci tę broń usnutą z liter zamazanych, na niebiałym już papierze starym i potarganym. A ja siedzę w oknie w białej wyciągniętej koszuli, i wciąż patrzę. Czasem zapisuje te moje wierszowane myśli, ale wypisał się długopis. Słońce zerka, wychylając swoje promienie spod płaszczu, obmywa mnie nimi, okala ramiona, filtruje mi żyły. Widok z okna był może nie piękny, ale zadowalający. Patrzę. Wtedy naprawdę kogoś zobaczyłam, była to osoba naprawdę żywa. Bardziej żywa od moich rosyjskich znajomych. Ktoś w długim brązowym płaszczu szedł, powiedzmy, od strony drzwi bloku, w którym była biblioteka i stanął na środku drogi, tak że byłam w stanie go dostrzec. Kilka przecznic stąd. Zauważyłam to bo miał w ręku coś świecącego, co odbijało promienie świeżego słońca w moje oczy. Ałć, przetarłam je. Raziło. Biblioteka to piękny budynek, w kolorze ciemno-brzoskwiniowym ze starymi ramami u okien dodającymi klimatu upiorności takich miejsc, w których pamięć snuje się jak cień po niciach i trzeba ciągle uważać by nie zachwiać miejscem. Lub by nie wpaść na kolacje w roli dania. Wysoki Ktoś odszedł po chwili w stronę, z której wyszedł, jakby dopiero po upewnieniu, że go zauważyłam.W chmurze jego wspomnień chciałabym zobaczyć jakąś tajemnicę, którą tylko ja miałabym prawo posiąść. Pomyślałam, że czemu by nie?
Zebrałam się od okna, sięgając do szafy szybko po spodnie, które ubrałam. Zdjęłam koszulę nocną, a na jej miejsce zarzuciłam długi brązowy t-shirt z Ramones, jeszcze tylko trampki na podwyższeniu i byłam już prawie gotowa do wyjścia. Prawie, bo pozostawało jeszcze bezszelestnie czmychnąć przez korytarz, a potem schody i ominąć niezauważalnie kuchnie, w której mógł siedzieć ojciec. Lubił wcześnie wstawać, jak ja, by poczytać książkę w kuchni.
To jego ulubione miejsce, gdy w pobliżu nie ma Hanny. Czasem mam wrażenie, że się jej boi. Prawie nigdy się nie odzywa, a przynajmniej nigdy nie uśmiecha. Tym razem nikogo nie było, spali. W osobnych pokojach. Muszę wspomnieć, że ich miłość jest trudną do za-kategoryzowania. Są razem, ale jednak osobno. Razem płacą podatek za prąd, ale osobno ten prąd wykorzystują. Poznali się w wesołym miasteczku. Hanna ponoć poszła ze swoimi męskimi przyjaciółmi w dzień przesilenia wiosennego, ubrana w kurtkę motocyklową, by obejrzeć koncert lokalnego bandu grunge'owego. Zawsze miała dobry gust, zawsze była we wszystkim dobra. Zawsze chciałam jej choć trochę dorównać. I jest tak cholernie skromna, samą sobą pokazuje swego rodzaju dostojność i wyższość. Nawet w młodości wystarczyło na nią spojrzeć, żeby wiedzieć z jak silną osobowością ma się do czynienia. Podobno jej spojrzenie porażało bardziej niż kontakt pierwszego stopnia z piorunem. Przynajmniej tyle wiem z opowieści babci Mirandy, jej matki, jej stwórcy.
Ojciec był ochroniarzem tamtejszej imprezy, która z godziny na godziny się rozkręcała w idealnej scenerii pomarańczowego bezchmurnego nieba i cudownej muzyki. Wiem, że jacyś mężczyźni chwycili ją i zaczęli podrzucać. Coś na rodzaj pogo, ale bardziej brutalnego i perwersyjnego. Wydawało mi się, że lubiła takie rzeczy.. Ale wtedy przeradzało się to w zadawanie ciosów. Z huku nikt prócz Adama nie zauważył jak młoda, pełna buntu dziewczyna jest poniewierana. Może krzyczała, może nie, w każdym razie mój ojciec tak szybko jak było to możliwe zainterweniował, tłukąc jednego z drugim sprzętem ochroniarskim. Podniósł ją z ziemi i jako student medycyny starannie opatrzył. Zaczęli rozmawiać. Po tym zdarzeniu rozmawiali bardzo często.
Wyszłam z domu - a raczej wyskoczyłam bo ktoś przekręcił wycieraczkę w efekcie czego się potknęłam. Ruszyłam chodnikiem z rękami w moich szerokich spodniach. Oj, w cale nie było tak ciepło! Nie, nie.. Modliłam się jedynie, aby nikt nie zauważył mojej nieobecności. H, mogłaby źle zareagować.. Znów bym ją rozczarowała.
Teraz trzeba było przejść przez drogę, z której jak z kamfory wyłonił się van. Prawie mnie zmiótł. Wreszcie na miejscu. Ktoś zniknął, ale nie do końca bo szkiełko, które mnie poraziło leżało na ziemi, a pod nim kartka. Stałam tak jakby zaczarowana, patrząc na okrągłe szkiełko w złotym obramowaniu, to musiała być stara rzecz. Takich lusterek niecodziennie widzi się na chodniku. Tuż za mną stała Sara, czekając na odpowiedni moment. Nagle zrobiła wielkie "bum" i zarzuciła mi się na plecy.
- Wszędzie poznam te trampki.
Nowy rekord w tęsknocie, tak dawno jej nie widziałam. Objęła mnie mocno, ciepły uścisk w zimny dzień. Jej twarz promieniała szczęściem. Była nieświadoma, a radość tkwi w niewiedzy bo im mniej wiesz tym lepiej śpisz, a sen to kolebka między dobrem, a złem. Oczy jej błysnęły.
Zebrałam się od okna, sięgając do szafy szybko po spodnie, które ubrałam. Zdjęłam koszulę nocną, a na jej miejsce zarzuciłam długi brązowy t-shirt z Ramones, jeszcze tylko trampki na podwyższeniu i byłam już prawie gotowa do wyjścia. Prawie, bo pozostawało jeszcze bezszelestnie czmychnąć przez korytarz, a potem schody i ominąć niezauważalnie kuchnie, w której mógł siedzieć ojciec. Lubił wcześnie wstawać, jak ja, by poczytać książkę w kuchni.
To jego ulubione miejsce, gdy w pobliżu nie ma Hanny. Czasem mam wrażenie, że się jej boi. Prawie nigdy się nie odzywa, a przynajmniej nigdy nie uśmiecha. Tym razem nikogo nie było, spali. W osobnych pokojach. Muszę wspomnieć, że ich miłość jest trudną do za-kategoryzowania. Są razem, ale jednak osobno. Razem płacą podatek za prąd, ale osobno ten prąd wykorzystują. Poznali się w wesołym miasteczku. Hanna ponoć poszła ze swoimi męskimi przyjaciółmi w dzień przesilenia wiosennego, ubrana w kurtkę motocyklową, by obejrzeć koncert lokalnego bandu grunge'owego. Zawsze miała dobry gust, zawsze była we wszystkim dobra. Zawsze chciałam jej choć trochę dorównać. I jest tak cholernie skromna, samą sobą pokazuje swego rodzaju dostojność i wyższość. Nawet w młodości wystarczyło na nią spojrzeć, żeby wiedzieć z jak silną osobowością ma się do czynienia. Podobno jej spojrzenie porażało bardziej niż kontakt pierwszego stopnia z piorunem. Przynajmniej tyle wiem z opowieści babci Mirandy, jej matki, jej stwórcy.
Ojciec był ochroniarzem tamtejszej imprezy, która z godziny na godziny się rozkręcała w idealnej scenerii pomarańczowego bezchmurnego nieba i cudownej muzyki. Wiem, że jacyś mężczyźni chwycili ją i zaczęli podrzucać. Coś na rodzaj pogo, ale bardziej brutalnego i perwersyjnego. Wydawało mi się, że lubiła takie rzeczy.. Ale wtedy przeradzało się to w zadawanie ciosów. Z huku nikt prócz Adama nie zauważył jak młoda, pełna buntu dziewczyna jest poniewierana. Może krzyczała, może nie, w każdym razie mój ojciec tak szybko jak było to możliwe zainterweniował, tłukąc jednego z drugim sprzętem ochroniarskim. Podniósł ją z ziemi i jako student medycyny starannie opatrzył. Zaczęli rozmawiać. Po tym zdarzeniu rozmawiali bardzo często.
Wyszłam z domu - a raczej wyskoczyłam bo ktoś przekręcił wycieraczkę w efekcie czego się potknęłam. Ruszyłam chodnikiem z rękami w moich szerokich spodniach. Oj, w cale nie było tak ciepło! Nie, nie.. Modliłam się jedynie, aby nikt nie zauważył mojej nieobecności. H, mogłaby źle zareagować.. Znów bym ją rozczarowała.
Teraz trzeba było przejść przez drogę, z której jak z kamfory wyłonił się van. Prawie mnie zmiótł. Wreszcie na miejscu. Ktoś zniknął, ale nie do końca bo szkiełko, które mnie poraziło leżało na ziemi, a pod nim kartka. Stałam tak jakby zaczarowana, patrząc na okrągłe szkiełko w złotym obramowaniu, to musiała być stara rzecz. Takich lusterek niecodziennie widzi się na chodniku. Tuż za mną stała Sara, czekając na odpowiedni moment. Nagle zrobiła wielkie "bum" i zarzuciła mi się na plecy.
- Wszędzie poznam te trampki.
Nowy rekord w tęsknocie, tak dawno jej nie widziałam. Objęła mnie mocno, ciepły uścisk w zimny dzień. Jej twarz promieniała szczęściem. Była nieświadoma, a radość tkwi w niewiedzy bo im mniej wiesz tym lepiej śpisz, a sen to kolebka między dobrem, a złem. Oczy jej błysnęły.
- Tęskniłam, wariatko! - dodała.
- Wariatka także. - zaczęłam już mówić w trzeciej osobie, bójcie się.
Cały czas chciałam sięgnąć po przedmioty, ale ona wciąż na mnie wisiała i z drugiej strony niesamowicie chciałam ją poprzytulać. Za 2h wyjeżdża nasz autobus do szkoły, pewnie szła po bułki, albo jakieś inne jedzonko. Odwróciłam się w jej stronę i mocno ścisnęłam.
Cały czas chciałam sięgnąć po przedmioty, ale ona wciąż na mnie wisiała i z drugiej strony niesamowicie chciałam ją poprzytulać. Za 2h wyjeżdża nasz autobus do szkoły, pewnie szła po bułki, albo jakieś inne jedzonko. Odwróciłam się w jej stronę i mocno ścisnęłam.
Fala ciepła bijącego z ciepłych dłoni żywej przyjaciółki ogarnęła moje ciało.
Rzeczy starannie ukryłam stopami za sobą, przenosząc ją kilka centymetrów nad ziemią w stronę, w którą szła.
- Tyle Cie nie widziałam. Mówili, że wrócisz, ale nie wiedziałam, ze to dziś. Widzimy się na przystanku? - zapytała podekscytowana, w prawdzie nikt nie wiedział, gdzie tak naprawdę byłam, ona mogła tylko się domyślać.
- Yhym - przytaknęłam z półuśmiechem.
Ruszyła jak na wystrzał, oglądając się chwile za mną z gorącym uśmiechem na twarzy, machając jedną dłonią bo w drugiej trzymała siatę z pieczywem.
Podniosłam przedmioty, chowając je w bluzkę, by nikt nie widział. Na koniec chwile przeglądnęłam się w pustym oknie biblioteki, poprawiając włosy. Zobaczyłam w oddali ciemnego mężczyznę na ławeczce. Gdy się obejrzałam już go nie było. Passa zdarzeń niewytłumaczalnych. Pognałam do domu z potarganymi i rozwianymi myślami.
Dziś kraty niewoli zostaną osunięte, a kajdanki na dłoniach polegną w zapomnieniu. Wracam w mury uczelni.
Po drodze odpakowałam kartkę.
"R.6/P.11/20cm-right
Pozdrawia Dom Sów"
Rzeczy starannie ukryłam stopami za sobą, przenosząc ją kilka centymetrów nad ziemią w stronę, w którą szła.
- Tyle Cie nie widziałam. Mówili, że wrócisz, ale nie wiedziałam, ze to dziś. Widzimy się na przystanku? - zapytała podekscytowana, w prawdzie nikt nie wiedział, gdzie tak naprawdę byłam, ona mogła tylko się domyślać.
- Yhym - przytaknęłam z półuśmiechem.
Ruszyła jak na wystrzał, oglądając się chwile za mną z gorącym uśmiechem na twarzy, machając jedną dłonią bo w drugiej trzymała siatę z pieczywem.
Podniosłam przedmioty, chowając je w bluzkę, by nikt nie widział. Na koniec chwile przeglądnęłam się w pustym oknie biblioteki, poprawiając włosy. Zobaczyłam w oddali ciemnego mężczyznę na ławeczce. Gdy się obejrzałam już go nie było. Passa zdarzeń niewytłumaczalnych. Pognałam do domu z potarganymi i rozwianymi myślami.
Dziś kraty niewoli zostaną osunięte, a kajdanki na dłoniach polegną w zapomnieniu. Wracam w mury uczelni.
Po drodze odpakowałam kartkę.
"R.6/P.11/20cm-right
Pozdrawia Dom Sów"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz