Wszystko zostało spowite zasłoną śnieżno białego puchu, nie byłam do końca pewna czy mogę nazwać to śniegiem. Często tak miałam, często widziałam go, a nawet czułam, w momentach, gdy na przykład - powinnam wygrzewać się w blasku słońca. Tym razem stykał się z moimi rozgrzanymi do czerwoności policzkami i naprawdę byłam przekonana, że woda, która spływa po ciele jest jego skrystalizowaną formą. To nie pierwszy dzień, kiedy czuje swego rodzaju “dotyk zimy”, przedwczesny, nie urojony.
Siedziałam wtedy skurczona na parkowej ławce, a jesień co jakiś czas przebiegała przede mną w niezgrabnym tańcu liści. Nauczyłam się schematu z jakim wiatr kieruje pogodą, prawie jak afrykański szaman budujący magiczną więź z przyrodą. Poczułam w tamtym momencie, że wszystko zaczyna do mnie wracać, wszystko czego się "pozbyłam", bałam. Jako dwudziestoletnia dziewczyna porzuciłam długi czas temu, to co budowałam. Papierosy też. Wyrzucili mnie nawet z dorywczej pracy za notoryczne spóźnienia. O szkole nie było mowy, ciągle ją przerywałam ze względu na niekrótkie nieobecności. Leki sypały się z kieszeni jak extasy z rąk narkomana. Pierwszy śnieg już spadł, widzę go, a więc powinnam pójść do psychiatry. Kupiłam papierosy, wypaliłam jednego. I jeszcze jednego i.. długa przerwa w paleniu spowodowała atak kaszlu. Od jakiegoś czasu wyglądałam na żywą i chyba taką starali się mnie postrzegać. Ludzie, a szczególnie bliscy - nie łatwo godzą się z faktem, że ktoś z ich rodziny odstaje od wytycznych i nie jest częścią.. normalności? Tak, normalności, w której drążą puste dziury. Puste otwory, które ja umiem zapełnić kolorami rozkwitających kwiatów i zapachem iglastego lasu, w które mogę wtłoczyć wiele niewypowiedzianych słów, właśnie tych nasączonych wstydem i pożądaniem. Pożądanie i wstyd są jak latawiec i wiatr. Bańka prywatności pękła. Ktoś zaczął mi machać, bardzo blisko w odległości centymetrów od zaschniętej w zamyśleniu twarzy. Tę twarz widziałam dosłownie wieki temu. Wolałam nie reagować, bo przecież nie miałam pewności czy to ktoś prawdziwy czy tylko wytwór wyobraźni, ale gdy postać pchnęła mnie lekko w ramię poświadczyła o prawdziwości. Nauczyciel ze starej szkoły z szerokim uśmiechem niczym rekin w głębinach do swojej ofiary, którą lada moment wyeliminuje. Faktycznie wylądowaliśmy w głębi oceanu. On stojący setki tysięcy kilometrów od mojej świadomości, zamkniętej na świat zewnętrzny nie miał bladego pojęcia, że mówi tylko do na wpół obumarłej lalki o zamglonym błękicie oczu. Niedawno wróciłam do domu, a oni wszyscy myślą, że od razu będę chciała mówić. Nonsens. Zastanawiało mnie to, dlaczego był tak lekko ubrany.. Kurtka wiatrówka, bez czapki na głowie i brązowe trampki. Przecież jest tak zimno i do tego ten śnieg, którego nie mógł zobaczyć. Wiedziałam, ze jest chłodno bo przecież dreszcze na mojej skórze nie były bez powodu, ani ten widoczny oddech, który w dzieciństwie zawsze przypominał mi dym.
Mówił coś o nauce, wszystkimi możliwymi sposobami próbował nie wejść tematem na grząski grunt mojego odejścia ze szkoły. Potem zaczął o pogodzie (ale śnieg znowu przeoczył), następnie zamilkł na moment i mogłam go przeczytać jak z otwartej książki. Nie był trudną lekturą, a jego okładka wcale nie gruba, w kilka sekund przejrzałam jego myśli: obiad, poprawa sprawdzianów, myślał też o tym, że urosły mi cycki, i że to niedorzeczne, ze ubrałam grube rękawiczki, ale nie powiedział tego bo "może to nowy krzyk mody". Tyle się znał na ubraniach na ile wskazywały na to jego stare trampki. Potem nagle sobie przypomniał, że przez cały dzień nie wyprowadził psa na spacer. Kartka za kartką, każde marzenie z dzieciństwa, to niesamowite móc to widzieć tak realistycznie jak na koncercie rockowym móc spojrzeć na idola - wszystko co błąka się po umyśle niespełnionego mężczyzny w średnim wieku. Przerywając ciszę syknęłam bezwiednym głosem pytanie.
- Jak się miewa Kira? - tak miał na imię pies.
- Dobrze, dobrze. Kupiłem mu właśnie karmę.
Wzdrygnął się szybko i dodał, że musi pędzić do domu, by go nakarmić. (Ta.. nakarmić, łatwiej skłamać, że zwierzę głoduje niż przyznać się do tego, że w mieszkaniu leży jego naga kochanka). Pożegnał się ładnie i oddalił, a przed tym jeszcze myśląc ”Chwila, ale skąd ona wiedziała jak mój pies ma na imię?” Ludzie są tacy zabawni, prawie jak gęsia skórka, która wcale nie jest gęsia i z gęsią nie ma nic wspólnego. Nagle ruszyłam z miejsca, bo przecież.. ile można pozorować wyjście do biblioteki?
Zostałam sama, jednocześnie czując obecność, byt, a raczej jego dłoń zachwiała się - sypiąc na trawę biały proch. Zawsze twierdziłam, że to niegrzeczne ze strony ludzi, gdy nie żegnają się ze zmarłymi, duchy przecież tak często siedzą tuż obok nas. W parku, czy restauracji, a nawet na łóżku układając kołdrę w zawiłe wzory by noc poczęstowała nas snem w chłodne, zimowe wieczory. Jak ten.
Wróciłam do domu, by podpisać zaległe papiery. Uprzątnąć swój czysty i nieruszany pokój przez prawie trzy miesiące. W drzwiach wzrokiem zdzieliła mnie Hanna, moja matka. Chciała przy tym wyglądać na ciepłą i zatroskaną, ale niewiele jej z tego tytułu. Miała piękne długie blond włosy, była przeciwieństwem moja ojca, który już posiwiał, ale nadal był nawet przystojny. Ona nie była "nawet" ładna, pewnie gdybyśmy wyszły razem na miasto ludzie myliliby ją jako siostrę, nie matkę. A nie zachowywała się jak żadna z nich. Była chłodna i zimna, nawet jej uśmiech grzmiał.
Tak naprawdę w cale nie umiem czytać w ludzkich myślach, potrafię jedynie odczytywać ich zachowania na podstawie długotrwałej analizy. Analizuje tę kobietę 20 lat i dalej nie potrafię odczytać jej intencji.
- Miałaś telefon, dzwonił Alexander. Pytał jak się czujesz, powiedziałam że dobrze - nawet na mnie nie spojrzała, mimo, że siedziałyśmy razem w kuchni.
- Coś jeszcze? - odpowiedziałam tym samym.
- Chciał się spotkać, ale w Twoim stanie to nieodpowiednie - woda zaczęła się gotować.
- Moim stanie? - powiedziałam, niemal wybuchając, moja matka to jedyna osoba, która potrafi mnie tak szybko zdenerwować.
- Mam Ci przypomnieć co przez ostatnie lata się działo? Tylko ja wiem, co jest odpowiednie - odwróciła się.
- Masz rację - ale z tym się zgodzę, tylko ona wiedziała. A przynajmniej byłam o tym przekonana.
Hanna odeszła, a za nią chłód i ciarki również zniknęły. Położyłam głowę na stole, zaciskając oczy zbyt mocno.
- Jestem uwięziona - szepnęłam do kota, który pojawił się na parapecie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz