W domu nikt nie zauważył mojej nieobecności. To by jedynie skomplikowało moje wdrażanie w rzeczywistość, zamiast je ułatwić. Dwie godziny później znalazłam się na przystanku, na którym czekała Sara w kremowym sweterku i brązowej torbie zarzuconej na ramię. Torba była przetarta, ta sama od 3 lat. Średnio raz na tydzień prosiłam ją, aby kupiła nową. Swego czasu ta drobna dziewczynka była moją najlepszą przyjaciółką, potem gdy zaczęłam odlatywać nasze kontakty się poluzowały. Ale nikt tak jak ona jest tak bardzo wyrozumiały, więc szybko powróciłyśmy do "normalności".
- Gdzie tak naprawdę byłaś? Ludzie mówili, że to jakieś sanatorium. Słyszałam nawet pogłoskę, że masz raka i jesteś na chemii, jestem skołowana. Zapadłaś się pod ziemię - zrobiła tę swoją uroczą minę, z której jest znana, wydymając dolną wargę.
- Gdzie tak naprawdę byłam (tymczasem myśląc: wyłoniłam się z brudnej i grząskiej powierzchni cmentarnej, wydostałam z czeluści śmierci, niemal jak zombie, niemal jak wampir, całkiem jak ja) - powtórzyłam, mówiąc każde słowo wolno i oddzielnie jakby było samoczynnym zdaniem. Autobus nadjechał. Musiałam szybko odskoczyć by go zatrzymać i temat mojego zniknięcia pozostał wciąż pod znakiem zapytania, w sumie wolałabym, aby tak było już zawsze. Uczelnia wyglądała tak jak wyglądała wcześniej. Tynk ze ścian ten sam i ci sami nauczyciele, którym kłaniałam się wędrując z sali do sali. Trochę jak dziecko we mgle bo bywało, że czasem obijałam się o przechodnich uczniów. Nawet podłogi były brudne od nieprzebranego obuwia. Mnóstwo plakatów. Uwagę przykuł ten o spektaklu baletowym połączonym ze sztuką. To mogło być ciekawe, mogłabym.. A potem wpadłam na jakiegoś gościa, którego nieomal strąciłam kubek kawy. Nakrzyczałby na mnie, gdybym była brzydka. A tak to - jedynie zaśmiał się chaotycznie i powiedział, że nic nie szkodzi, że najwyżej postawię mu kolejny innym razem.
- Nie będzie innego razu - wzruszając ramionami bez jakiejkolwiek emocji ruszyłam.
Ostatnio wydaje mi się, że zaraziłam się od H. (zaczęłam skracać jej imię bo w dłuższej formie brzmi przerażająco) - że zaraziłam się od Niej patetycznością, apatią i zdystansowaniem do jakiegokolwiek poczucia humoru. Coraz mniej się uśmiecham, jedynie wtedy, gdy Sara buchnie jednym ze swoich bezsensownych żartów. Wtedy mam ochotę jej wykrzyczeć "Nie psuj mego ponuractwa, Ty głupi ziemniaku z oczami!" a potem zdaje sobie sprawę, że ziemniak z oczami też jest zabawny i wybucham w myślach śmiechem z samej siebie.
- Dianaa.. - przeciągnęła moje imię, szturchając lekko, gdy wyciągałam angielski z szafki.
- Coo? - odburknęłam, zajmując się swoimi sprawami.
- Alexander - powiedziała krótko po czym rzuciła mi długie spojrzenie.
Wyłoniłam głowę z książek, zamykając szafkę, zza której drzwiczek stał On. Skandynawskiej urody wysoki brunet, z którym dostałam cenzus na kontakty.
- Dzwoniłem - powiedział, nie odrywając ode mnie wzroku.
Sara spojrzała na nas, wiedząc, iż mimo, że nie usłyszała pytania "Możesz zostawić nas samych?" mogła wyczytać to z sytuacji, poszła na stołówkę.
- Wiem, ale - urwał mi w połowie zdania - Żadnych ale - chwycił mnie za dłoń.
Poczułam śnieg opadający na moją głowę. Widziałam jego drobinki muskające Go po bladej twarzy, rozwiewające mu włosy wystające w różne strony. Znów zamgliły mi oczy, a gdy tak się dzieje czuje jak gdybym drążyła w wydmach ślady swojej nikłej obecności. Nie dość, że mało widzę to.. Mało słyszę. Ludzką mowę odbieram tak jakby mówili przez grubą antywłamaniową szybę. Tak właśnie odbierałam słowa Alexa.
- Wiem co się stało - powiedział, a ja chciałam mu się wyrwać by pójść za Sarą do stołówki i już po prostu skończyć tę rozmowę. - Diana, popatrz na mnie - chwycił mnie za policzki i zmusił do kontaktu wzrokowego. - Musimy porozmawiać, ale nie tu - po tych słowach zdjęłam jego dłonie z twarzy i odsunęłam się w tył, potakując głową. Z kolei On też przytaknął i wszystko stało się jasne i przejrzyste jak szkiełko, które znalazłam i tajemniczy list, który nie rozszyfrowany wciąż trzymałam w kieszeni u spodni.
Skończyłam lekcje. Nawet poprawnie. Pytali o setki rzeczy, a ja jakby wyuczona gadki-szmatki na błysk odpowiadałam bez życia do każdego nauczyciela i znajomego pytającego o moje życie prywatne = słowo w słowo to samo.
Pierwszy dzień był cholernie męczący.
Wsiadłam do autobusu na samym tyle w ostatnim rzędzie sama, nie mogłam nigdzie znaleźć Wiewióry (bo tak też nazywaliśmy Sarę), Alexandra unikałam jak ognia by znów nie sparzyć palców. Już i tak zmęczonych codziennym żarem niedomówień. Reszta znajomych leżała zwyczajnie w detoksie, ignorowałam ich. Ale nie jest łatwo zupełnie nie przejmować się otoczeniem, mężczyzna, który siedział z przodu na tym głupim siedzeniu odwróconym tyłem do kierowcy nieustannie się we mnie wgapiał. Chudy i wzgardzony od Boga jeśli chodzi o umięśnienie. W nogach miał siatkę sklepową, podejrzewałam, że był w niej alkohol. Ale po co bezdomnemu alkohol? Na bezdomnego również wyglądał. Nie lubię osądzać po wyglądzie, ale on nie pozwalał mi na nic innego. Nie dawał mi powodów do niczego innego. Słońce zaczerwieniło niebo, ale atmosfera była wciąż ciemna. Cały dzień spędziłam w szkole i mieście.
Mój przystanek, wyskoczyłam z autobusu, upewniając się czy mężczyzna nie pójdzie za mną, ale on wciąż siedział na swoim miejscu, i gdy autobus już miał odjeżdżać chuchnął w szybę i zaczął nakreślać na szybie litery "D, I, A, N.." Ostatniej nie wyłapałam. Jak wielkim musi być zbiegiem okoliczności to, że obcy mężczyzna próbuje dać mi do zrozumienia, że zna doskonale moje imię? I pewnie mnie? I wszystko inne?
W tamtym momencie poczułam się zagrożona.
Zaczęłam biec ulicą zapyziałych egoistów, każdy przechodzień myślał o sobie. Godzina osiemnasta była dla nich jak pora żerowania. Kobieta w brązowej sukience ominęła mnie starannie, pewnie chciała biżuterii na 7 rocznicę ślubu od męża, ale nie będzie go stać. Pewnie zaraz wpadnie pod samochód, a rocznicę spędzą na ojomie. Facet sprzedający precelki pewnie rozwodnik, a ślęczy tu na tym chłodzie tylko po to aby złowić i opatroszyć kolejną kobietę. Ale nie w zdrowy sposób, nie zdrowy.. Oo, a temten w brudno-zielonej kurtce wygląda jakby zabił swojego psa. Za głośno szczekał i strzelił mu w łeb. Musi być nienormalny, to może.. Podbiec i zagadać? Coś typu “- Cześć, ja też zabiłam wiele istnień w głowie, ale nie bój się nie powiem nikomu o psie.” Mam dreszcze, zimno mi, w środku płonę i rozsadzający ogień pali kartki pamięci, ubywa mi jej. Przygniatające odczucie w czaszce zatrzymało mnie na moment przy murku koło kawiarni. Wdech i wydech, serce kołacze. Brak mi tabletek. To swego rodzaju odmiana nerwicy, zresztą.. Czego ja nie miałam? Zegar na kawiarni: tyk, tyk. Odpycha mnie od muru, idę. Jego wskazówki odbijają się dźwiękiem o serce, które błyszczy kolorami szarości. Dotarłam cudem pod znajomą bibliotekę, skrywającą dziś więcej tajemnic niż nie jedna pieczara. Przetarłam z czoła mokre włosy, myśląc o szyfrze. Wyjęłam go z kieszeni. Wydawało mi się jakbym widziała na ścianach sklepu obok światła latarki. Dotykam ścian, macam je. Co u licha, coś mi się tu nie podobało. Patrzę w górę. Ów coś przemknęło po rynnie. Ominęłam to. Dywan z rzadkiej mgły formuje chodniczek tuż u u wrót Domu Sów. Dotykam delikatnie i ostrożnie klamki wyglądającej na rozgrzaną, każdy krok to ostateczność. Przebiegła mi myśl: Teraz, nigdy, wieczność - czym to jest? Człowiek tkwi w klatce przypominającej bardziej szklankę na wpół pełną. Zanurza się powoli, topiąc swoje smutki i demony mimowolnie, ale wciąż będąc głową i rękami poza obszarem wody. Topiąc tylko połowę. Zawsze na wpół jesteśmy żywi i na wpół martwi. Ale co to, ale gdzie to, ale jak to. Kto to widział! Każdy z demonów potrafi pływać, o wiele lepiej od ciebie.
- Gdzie tak naprawdę byłaś? Ludzie mówili, że to jakieś sanatorium. Słyszałam nawet pogłoskę, że masz raka i jesteś na chemii, jestem skołowana. Zapadłaś się pod ziemię - zrobiła tę swoją uroczą minę, z której jest znana, wydymając dolną wargę.
- Gdzie tak naprawdę byłam (tymczasem myśląc: wyłoniłam się z brudnej i grząskiej powierzchni cmentarnej, wydostałam z czeluści śmierci, niemal jak zombie, niemal jak wampir, całkiem jak ja) - powtórzyłam, mówiąc każde słowo wolno i oddzielnie jakby było samoczynnym zdaniem. Autobus nadjechał. Musiałam szybko odskoczyć by go zatrzymać i temat mojego zniknięcia pozostał wciąż pod znakiem zapytania, w sumie wolałabym, aby tak było już zawsze. Uczelnia wyglądała tak jak wyglądała wcześniej. Tynk ze ścian ten sam i ci sami nauczyciele, którym kłaniałam się wędrując z sali do sali. Trochę jak dziecko we mgle bo bywało, że czasem obijałam się o przechodnich uczniów. Nawet podłogi były brudne od nieprzebranego obuwia. Mnóstwo plakatów. Uwagę przykuł ten o spektaklu baletowym połączonym ze sztuką. To mogło być ciekawe, mogłabym.. A potem wpadłam na jakiegoś gościa, którego nieomal strąciłam kubek kawy. Nakrzyczałby na mnie, gdybym była brzydka. A tak to - jedynie zaśmiał się chaotycznie i powiedział, że nic nie szkodzi, że najwyżej postawię mu kolejny innym razem.
- Nie będzie innego razu - wzruszając ramionami bez jakiejkolwiek emocji ruszyłam.
Ostatnio wydaje mi się, że zaraziłam się od H. (zaczęłam skracać jej imię bo w dłuższej formie brzmi przerażająco) - że zaraziłam się od Niej patetycznością, apatią i zdystansowaniem do jakiegokolwiek poczucia humoru. Coraz mniej się uśmiecham, jedynie wtedy, gdy Sara buchnie jednym ze swoich bezsensownych żartów. Wtedy mam ochotę jej wykrzyczeć "Nie psuj mego ponuractwa, Ty głupi ziemniaku z oczami!" a potem zdaje sobie sprawę, że ziemniak z oczami też jest zabawny i wybucham w myślach śmiechem z samej siebie.
- Dianaa.. - przeciągnęła moje imię, szturchając lekko, gdy wyciągałam angielski z szafki.
- Coo? - odburknęłam, zajmując się swoimi sprawami.
- Alexander - powiedziała krótko po czym rzuciła mi długie spojrzenie.
Wyłoniłam głowę z książek, zamykając szafkę, zza której drzwiczek stał On. Skandynawskiej urody wysoki brunet, z którym dostałam cenzus na kontakty.
- Dzwoniłem - powiedział, nie odrywając ode mnie wzroku.
Sara spojrzała na nas, wiedząc, iż mimo, że nie usłyszała pytania "Możesz zostawić nas samych?" mogła wyczytać to z sytuacji, poszła na stołówkę.
- Wiem, ale - urwał mi w połowie zdania - Żadnych ale - chwycił mnie za dłoń.
Poczułam śnieg opadający na moją głowę. Widziałam jego drobinki muskające Go po bladej twarzy, rozwiewające mu włosy wystające w różne strony. Znów zamgliły mi oczy, a gdy tak się dzieje czuje jak gdybym drążyła w wydmach ślady swojej nikłej obecności. Nie dość, że mało widzę to.. Mało słyszę. Ludzką mowę odbieram tak jakby mówili przez grubą antywłamaniową szybę. Tak właśnie odbierałam słowa Alexa.
- Wiem co się stało - powiedział, a ja chciałam mu się wyrwać by pójść za Sarą do stołówki i już po prostu skończyć tę rozmowę. - Diana, popatrz na mnie - chwycił mnie za policzki i zmusił do kontaktu wzrokowego. - Musimy porozmawiać, ale nie tu - po tych słowach zdjęłam jego dłonie z twarzy i odsunęłam się w tył, potakując głową. Z kolei On też przytaknął i wszystko stało się jasne i przejrzyste jak szkiełko, które znalazłam i tajemniczy list, który nie rozszyfrowany wciąż trzymałam w kieszeni u spodni.
Skończyłam lekcje. Nawet poprawnie. Pytali o setki rzeczy, a ja jakby wyuczona gadki-szmatki na błysk odpowiadałam bez życia do każdego nauczyciela i znajomego pytającego o moje życie prywatne = słowo w słowo to samo.
Pierwszy dzień był cholernie męczący.
Wsiadłam do autobusu na samym tyle w ostatnim rzędzie sama, nie mogłam nigdzie znaleźć Wiewióry (bo tak też nazywaliśmy Sarę), Alexandra unikałam jak ognia by znów nie sparzyć palców. Już i tak zmęczonych codziennym żarem niedomówień. Reszta znajomych leżała zwyczajnie w detoksie, ignorowałam ich. Ale nie jest łatwo zupełnie nie przejmować się otoczeniem, mężczyzna, który siedział z przodu na tym głupim siedzeniu odwróconym tyłem do kierowcy nieustannie się we mnie wgapiał. Chudy i wzgardzony od Boga jeśli chodzi o umięśnienie. W nogach miał siatkę sklepową, podejrzewałam, że był w niej alkohol. Ale po co bezdomnemu alkohol? Na bezdomnego również wyglądał. Nie lubię osądzać po wyglądzie, ale on nie pozwalał mi na nic innego. Nie dawał mi powodów do niczego innego. Słońce zaczerwieniło niebo, ale atmosfera była wciąż ciemna. Cały dzień spędziłam w szkole i mieście.
Mój przystanek, wyskoczyłam z autobusu, upewniając się czy mężczyzna nie pójdzie za mną, ale on wciąż siedział na swoim miejscu, i gdy autobus już miał odjeżdżać chuchnął w szybę i zaczął nakreślać na szybie litery "D, I, A, N.." Ostatniej nie wyłapałam. Jak wielkim musi być zbiegiem okoliczności to, że obcy mężczyzna próbuje dać mi do zrozumienia, że zna doskonale moje imię? I pewnie mnie? I wszystko inne?
W tamtym momencie poczułam się zagrożona.
Zaczęłam biec ulicą zapyziałych egoistów, każdy przechodzień myślał o sobie. Godzina osiemnasta była dla nich jak pora żerowania. Kobieta w brązowej sukience ominęła mnie starannie, pewnie chciała biżuterii na 7 rocznicę ślubu od męża, ale nie będzie go stać. Pewnie zaraz wpadnie pod samochód, a rocznicę spędzą na ojomie. Facet sprzedający precelki pewnie rozwodnik, a ślęczy tu na tym chłodzie tylko po to aby złowić i opatroszyć kolejną kobietę. Ale nie w zdrowy sposób, nie zdrowy.. Oo, a temten w brudno-zielonej kurtce wygląda jakby zabił swojego psa. Za głośno szczekał i strzelił mu w łeb. Musi być nienormalny, to może.. Podbiec i zagadać? Coś typu “- Cześć, ja też zabiłam wiele istnień w głowie, ale nie bój się nie powiem nikomu o psie.” Mam dreszcze, zimno mi, w środku płonę i rozsadzający ogień pali kartki pamięci, ubywa mi jej. Przygniatające odczucie w czaszce zatrzymało mnie na moment przy murku koło kawiarni. Wdech i wydech, serce kołacze. Brak mi tabletek. To swego rodzaju odmiana nerwicy, zresztą.. Czego ja nie miałam? Zegar na kawiarni: tyk, tyk. Odpycha mnie od muru, idę. Jego wskazówki odbijają się dźwiękiem o serce, które błyszczy kolorami szarości. Dotarłam cudem pod znajomą bibliotekę, skrywającą dziś więcej tajemnic niż nie jedna pieczara. Przetarłam z czoła mokre włosy, myśląc o szyfrze. Wyjęłam go z kieszeni. Wydawało mi się jakbym widziała na ścianach sklepu obok światła latarki. Dotykam ścian, macam je. Co u licha, coś mi się tu nie podobało. Patrzę w górę. Ów coś przemknęło po rynnie. Ominęłam to. Dywan z rzadkiej mgły formuje chodniczek tuż u u wrót Domu Sów. Dotykam delikatnie i ostrożnie klamki wyglądającej na rozgrzaną, każdy krok to ostateczność. Przebiegła mi myśl: Teraz, nigdy, wieczność - czym to jest? Człowiek tkwi w klatce przypominającej bardziej szklankę na wpół pełną. Zanurza się powoli, topiąc swoje smutki i demony mimowolnie, ale wciąż będąc głową i rękami poza obszarem wody. Topiąc tylko połowę. Zawsze na wpół jesteśmy żywi i na wpół martwi. Ale co to, ale gdzie to, ale jak to. Kto to widział! Każdy z demonów potrafi pływać, o wiele lepiej od ciebie.
Pchnęłam drzwi. Nad nimi wisiał dzyndzel, taki wiadomo.. Łapacz snów w podoczepianymi świecidełkami, które w rezultacie po otwarciu wrót wydawały charakterystyczny dźwięk, przyjazny, chciało się wchodzić. Ciekawe ile snów już złapał, to jedyna rzecz jakiej się boje. Sny są niekontrolowane, oczywiście nie mówiąc o Lucid Dream, czy Out Of Body Experience. Boje się tego, co zobaczę, że pierwszy raz od dzieciństwa coś mnie przerazi. Że będę mogła popełnić tysiące samobójstw jednej nocy palcem wskazującym, bo tego chcę, tak bardzo mogę wtedy chcieć. Nie chcę praktykować rzeczy pogłębiających psychozę, oczywiście mogę, ale nie chcę bo znam konsekwencje.
Wszystko było na miejscu, książki, półki, podłogi w kolorze dębu, skrzypiące schodki na górne piętro. Wszystko prócz nie tej samej pani siedzącej za starym biurkiem. Kiedyś tu bywałam, swoją drogą tylko po lektury szkolne w podstawówce. To miejsce było najlepsze w całym kraju, moim zdaniem i zdaniem mojej matki. A przemiła pani w dredach zawsze dodawała otuchy i życia.
- Bonjour. To Ty Marie? - zapytałam głupkowato, ludzie wolą, gdy się pyta. Telepatia nie wchodzi w grę. W końcu nienaturalne czytać to co zakryte, a przynajmniej nie jest to dar pochodzący od Boga, wiec jaki? Przeklęty, przeklęta Diana woli dmuchać na zimne.
- Dzień dobry. - odwróciła się gwałtownie dziewczyna również z dredami, poprawiając włosy, odłożywszy książkę nieznajoma dodała - Mamy nie ma, targi mitologicznych książek gdzieś na północy kraju były ważniejsze - wydęła dolną wargę w nieznacznym geście, coś na wzór półuśmiechu.
- Okultystycznych pewnie. - odchrząknęłam niedbale zbliżając sie do niej z podejrzliwym, pełnym, uśmiechem.
- Zapewne - zaśmiała się tajemniczo.
Nie przestawałam się uśmiechać. Nie umiałam przestać, przeciwieństwo tego, co działo się na uczelni. Ten uśmiech, ten prawdziwy, gdy się na niego spojrzy mówił coś w rodzaju “Witaj, jestem Diana. Z Krainy Czarów, ale nie takich w jakie wierzyłeś. W moim świecie króliki biegają z nożami, a czarne koty drążą stygmatyczne symbole na przekrwionej skórze cnotliwych spojrzeń. Nigdy mnie nie poznasz.”
- Zapewne - zaśmiała się tajemniczo.
Nie przestawałam się uśmiechać. Nie umiałam przestać, przeciwieństwo tego, co działo się na uczelni. Ten uśmiech, ten prawdziwy, gdy się na niego spojrzy mówił coś w rodzaju “Witaj, jestem Diana. Z Krainy Czarów, ale nie takich w jakie wierzyłeś. W moim świecie króliki biegają z nożami, a czarne koty drążą stygmatyczne symbole na przekrwionej skórze cnotliwych spojrzeń. Nigdy mnie nie poznasz.”
- miło mi Cię poznać, jestem Annabelle - wyciągnęła zza biurka w moja stronę pełną tajemniczych tatuaży dłoń, uścisnęłam ją.
Poznać? Sprytna bestia.. Wysoka dziewczyna, z pociągłą twarzą o długich kruczoczarnych włosach splecionych w jednak nie dredy, a małe warkoczyki - zastygła w chwilowym milczeniu, śmiąc wcześniej twierdzić, że mnie poznała. Przestraszyłam ją? Nie wydaje mi się, patrzyła tak przenikliwie jakby chciała powiedzieć “Witaj, Diano. Kiedyś Cię widziałam, ugrzęzłaś ze sparaliżowanym zegarkiem z drewnianym wykończeniem w zagłębiu ziemi, którą zasypują. Zegarek stanął, ale gdy piach przyćmi Twoje światło rozbudzi się godzina. Zadbaj by nie było za późno by cokolwiek zatrzymać.” Zadrżałam. Nie była zwykła, nie patrzyła jak typowa. A tajemnica kłębiąca się w zapachu potarganych przemyśleń, tajemnica pieprzyła się z moją zepsutą na daną chwile telepatią. Uniosłam głowę do góry, zadarłam nosa. Ładne miała te warkoczyki, była podobna do Marie..
Cholera.. Coś przez moment, dosłownie ułamek sekundy przemknęło zza jej pleców w regał. Coś stało cały czas za nią, albo było w niej i czmychnęło do nowej kryjówki. Miałam tak wielką ochotę powiedzieć jej “Hej, spójrz, Annabelle! Tam za Tobą biega hm.. obcy francuski dobrze zbudowany blondyn, prawdopodobnie duch, ale nie bój żaby!” Kum, kum. Światła lampionów zza tęczówek gasną, otwiera usta.
Poznać? Sprytna bestia.. Wysoka dziewczyna, z pociągłą twarzą o długich kruczoczarnych włosach splecionych w jednak nie dredy, a małe warkoczyki - zastygła w chwilowym milczeniu, śmiąc wcześniej twierdzić, że mnie poznała. Przestraszyłam ją? Nie wydaje mi się, patrzyła tak przenikliwie jakby chciała powiedzieć “Witaj, Diano. Kiedyś Cię widziałam, ugrzęzłaś ze sparaliżowanym zegarkiem z drewnianym wykończeniem w zagłębiu ziemi, którą zasypują. Zegarek stanął, ale gdy piach przyćmi Twoje światło rozbudzi się godzina. Zadbaj by nie było za późno by cokolwiek zatrzymać.” Zadrżałam. Nie była zwykła, nie patrzyła jak typowa. A tajemnica kłębiąca się w zapachu potarganych przemyśleń, tajemnica pieprzyła się z moją zepsutą na daną chwile telepatią. Uniosłam głowę do góry, zadarłam nosa. Ładne miała te warkoczyki, była podobna do Marie..
Cholera.. Coś przez moment, dosłownie ułamek sekundy przemknęło zza jej pleców w regał. Coś stało cały czas za nią, albo było w niej i czmychnęło do nowej kryjówki. Miałam tak wielką ochotę powiedzieć jej “Hej, spójrz, Annabelle! Tam za Tobą biega hm.. obcy francuski dobrze zbudowany blondyn, prawdopodobnie duch, ale nie bój żaby!” Kum, kum. Światła lampionów zza tęczówek gasną, otwiera usta.
- Wyglądasz na zmęczoną, zrobić Ci herbaty? - zerknęła przelotnym wzrokiem w półkę, w którą przed momentem uciekł cień wysokiego faceta z francuską urodą.
Kiwnęłam przecząco głową. Jej ciemna karnacja i czerwone usta świetnie komponowały się ze światłem jarzeniówki, wprost idealnie - A może chcesz przejrzeć nasze nowe zdobycze? - nie mówiła z przekonaniem, szczerze mówiąc nie wiem co mógł sugerować jej ton, który był mi obcy, jak ona sama. Ale to mnie kręciło.
Kiwnęłam przecząco głową. Jej ciemna karnacja i czerwone usta świetnie komponowały się ze światłem jarzeniówki, wprost idealnie - A może chcesz przejrzeć nasze nowe zdobycze? - nie mówiła z przekonaniem, szczerze mówiąc nie wiem co mógł sugerować jej ton, który był mi obcy, jak ona sama. Ale to mnie kręciło.
W tym momencie przypomniała mi się postać, która mnie tu w pewnym sensie zaciągnęła. Sekretem pozostawionym mi jak kufer pod powłoką trawy ze skarbem bez wartości. JESZCZE.
Prowadziła mnie. Wiodłyśmy mozolną przeprawę przez wiele krain, po prawej stronie - historia wojen. Żołnierze i karabiny, uważaj na drogę, wszędzie są miny! Po lewej - baśnie, opowiastki. Mały książę skacze z żyrandolu na teatralne maski Szekspira. Samobójstwo. Ann szła kocimi ruchami przemierzając bibliotekę niczym tancerz scenę. Wyglądałybyśmy zjawiskowo na scenie teatralnej w tym przedsięwzięciu z plakatu na uczelni. Szła zgrabnie i powabnie jakby ciągła za sobą woń na spragnione psy, jako suczka pewnie również nie byłaby łatwą zdobyczą. Lecz jedyne co za nami podążało to niezauważalny cień, bynajmniej tak myślał, na pewno tak myślał. Weszłyśmy na dział muzyki obok nowości. Zamiast w ten drugi zerknęłam na regał z książkami o tematyce muzycznej. Nagle włączyła się płyta winylowa nadająca bardzo znajome dźwięki. Beatlesi - Yesterday. Wczoraj tak szybko minęło. Tchnęło mnie w duszy, spojrzawszy przez przypadek na pewną wciśniętą w głąb książkę, wytknęłam ręke by jej sięgnąć. Ale nie zdążyłam bo chwile przed - rozległ się kolejny dźwięk - spadającego gramofonu i zaciętej płyty winylowej. 1963 - tyle zdążyłam uchwycić z tytułu. Annabelle odciągnęła mnie nieco na bok, coś na wzór improwizacji, gdy plan bierze w łeb, by drugi człon akcji mógł zrobić sztuczny rozdźwięk. Kto mógł być drugim? Odpowiedź sama nasuwa się jak żaby pod koła w okresie godowym.
Zakłopotana niemało dziewczyna spojrzała prędko na zegarek, taki sam jaki nosiłam ja - zasypywana piachem śmierć. Podała mi kilka książek, ale wyraźnie się niecierpliwiła.
- Robi się już późno, może - przerwałam niegrzecznie - Może powinnam pójść do domu? Powinnam - znów mój uśmiech i znów jej, ten sam co wcześniej wzrok.
- Do zobaczenia - ścisnęłam wetkniętą mi przez nią książkę.
- Mam nadzieję.. - powiedziała nostalgicznie, rzucając spojrzenie i odprowadzając pod drzwi i żegnając się.
- Do zobaczenia - ścisnęłam wetkniętą mi przez nią książkę.
- Mam nadzieję.. - powiedziała nostalgicznie, rzucając spojrzenie i odprowadzając pod drzwi i żegnając się.
Annabelle i tego już jestem pewna - nie była zwyczajna.
Dotarłam do domu, ściskając książkę i myśląc raz o niej, raz o szyfrze, raz o Alexie. Kolejna noc i modlitwa o otworzenie oczu nazajutrz. Noce są ciężkie pod względem cierpień, syczą nad uchem paskudne melodyjki, dziecięce danse macabre. Sowy pomachały mi na dobranoc. Może mnie polubiła, może Annabelle również pod maską niedostępności ma jakąś energię.
Dotarłam do domu, ściskając książkę i myśląc raz o niej, raz o szyfrze, raz o Alexie. Kolejna noc i modlitwa o otworzenie oczu nazajutrz. Noce są ciężkie pod względem cierpień, syczą nad uchem paskudne melodyjki, dziecięce danse macabre. Sowy pomachały mi na dobranoc. Może mnie polubiła, może Annabelle również pod maską niedostępności ma jakąś energię.
- Adieu! Zamknęłam oczy, Diana znów mogła powrócić do swojej komnaty, do swojego/nieswojego kota i zwisającej przyjaciółki. Jutro muszę zapytać o coś Ninę..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz