niedziela, 13 października 2013

4 Bonjour.

W domu nikt nie zauważył mojej nieobecności. To by jedynie skomplikowało moje wdrażanie w rzeczywistość, zamiast je ułatwić. Dwie godziny później znalazłam się na przystanku, na którym czekała Sara w kremowym sweterku i brązowej torbie zarzuconej na ramię. Torba była przetarta, ta sama od 3 lat. Średnio raz na tydzień prosiłam ją, aby kupiła nową. Swego czasu ta drobna dziewczynka była moją najlepszą przyjaciółką, potem gdy zaczęłam odlatywać nasze kontakty się poluzowały. Ale nikt tak jak ona jest tak bardzo wyrozumiały, więc szybko powróciłyśmy do "normalności".
- Gdzie tak naprawdę byłaś? Ludzie mówili, że to jakieś sanatorium. Słyszałam nawet pogłoskę, że masz raka i jesteś na chemii, jestem skołowana. Zapadłaś się pod ziemię - zrobiła tę swoją uroczą minę, z której jest znana, wydymając dolną wargę.
- Gdzie tak naprawdę byłam (tymczasem myśląc: wyłoniłam się z brudnej i grząskiej powierzchni cmentarnej, wydostałam z czeluści śmierci, niemal jak zombie, niemal jak wampir, całkiem jak ja) - powtórzyłam, mówiąc każde słowo wolno i oddzielnie jakby było samoczynnym zdaniem. Autobus nadjechał. Musiałam szybko odskoczyć by go zatrzymać i temat mojego zniknięcia pozostał wciąż pod znakiem zapytania, w sumie wolałabym, aby tak było już zawsze. Uczelnia wyglądała tak jak wyglądała wcześniej. Tynk ze ścian ten sam i ci sami nauczyciele, którym kłaniałam się wędrując z sali do sali. Trochę jak dziecko we mgle bo bywało, że czasem obijałam się o przechodnich uczniów. Nawet podłogi były brudne od nieprzebranego obuwia. Mnóstwo plakatów. Uwagę przykuł ten o spektaklu baletowym połączonym ze sztuką. To mogło być ciekawe, mogłabym.. A potem wpadłam na jakiegoś gościa, którego nieomal strąciłam kubek kawy. Nakrzyczałby na mnie, gdybym była brzydka. A tak to - jedynie zaśmiał się chaotycznie i powiedział, że nic nie szkodzi, że najwyżej postawię mu kolejny innym razem.
- Nie będzie innego razu - wzruszając ramionami bez jakiejkolwiek emocji ruszyłam.
 Ostatnio wydaje mi się, że zaraziłam się od H. (zaczęłam skracać jej imię bo w dłuższej formie brzmi przerażająco) - że zaraziłam się od Niej patetycznością, apatią i zdystansowaniem do jakiegokolwiek poczucia humoru. Coraz mniej się uśmiecham, jedynie wtedy, gdy Sara buchnie jednym ze swoich bezsensownych żartów. Wtedy mam ochotę jej wykrzyczeć "Nie psuj mego ponuractwa, Ty głupi ziemniaku z oczami!" a potem zdaje sobie sprawę, że ziemniak z oczami też jest zabawny i wybucham w myślach śmiechem z samej siebie.
- Dianaa.. - przeciągnęła moje imię, szturchając lekko, gdy wyciągałam angielski z szafki.
- Coo? - odburknęłam, zajmując się swoimi sprawami.
- Alexander - powiedziała krótko po czym rzuciła mi długie spojrzenie.
Wyłoniłam głowę z książek, zamykając szafkę, zza której drzwiczek stał On. Skandynawskiej urody wysoki brunet, z którym dostałam cenzus na kontakty.
- Dzwoniłem - powiedział, nie odrywając ode mnie wzroku.
Sara spojrzała na nas, wiedząc, iż mimo, że nie usłyszała pytania "Możesz zostawić nas samych?" mogła wyczytać to z sytuacji, poszła na stołówkę.
- Wiem, ale - urwał mi w połowie zdania - Żadnych ale - chwycił mnie za dłoń.
Poczułam śnieg opadający na moją głowę. Widziałam jego drobinki muskające Go po bladej twarzy, rozwiewające mu włosy wystające w różne strony. Znów zamgliły mi oczy, a gdy tak się dzieje czuje jak gdybym drążyła w wydmach ślady swojej nikłej obecności. Nie dość, że mało widzę to.. Mało słyszę. Ludzką mowę odbieram tak jakby mówili przez grubą antywłamaniową szybę. Tak właśnie odbierałam słowa Alexa. 
- Wiem co się stało - powiedział, a ja chciałam mu się wyrwać by pójść za Sarą do stołówki i już po prostu skończyć tę rozmowę. - Diana, popatrz na mnie - chwycił mnie za policzki i zmusił do kontaktu wzrokowego. - Musimy porozmawiać, ale nie tu - po tych słowach zdjęłam jego dłonie z twarzy i odsunęłam się w tył, potakując głową. Z kolei On też przytaknął i wszystko stało się jasne i przejrzyste jak szkiełko, które znalazłam i tajemniczy list, który nie rozszyfrowany wciąż trzymałam w kieszeni u spodni. 
Skończyłam lekcje. Nawet poprawnie. Pytali o setki rzeczy, a ja jakby wyuczona gadki-szmatki na błysk odpowiadałam bez życia do każdego nauczyciela i znajomego pytającego o moje życie prywatne = słowo w słowo to samo.
 Pierwszy dzień był cholernie męczący.

Wsiadłam do autobusu na samym tyle w ostatnim rzędzie sama, nie mogłam nigdzie znaleźć Wiewióry (bo tak też nazywaliśmy Sarę), Alexandra unikałam jak ognia by znów nie sparzyć palców. Już i tak zmęczonych codziennym żarem niedomówień. Reszta znajomych leżała zwyczajnie w detoksie, ignorowałam ich. Ale nie jest łatwo zupełnie nie przejmować się otoczeniem, mężczyzna, który siedział z przodu na tym głupim siedzeniu odwróconym tyłem do kierowcy nieustannie się we mnie wgapiał. Chudy i wzgardzony od Boga jeśli chodzi o umięśnienie. W nogach miał siatkę sklepową, podejrzewałam, że był w niej alkohol. Ale po co bezdomnemu alkohol? Na bezdomnego również wyglądał. Nie lubię osądzać po wyglądzie, ale on nie pozwalał mi na nic innego. Nie dawał mi powodów do niczego innego. Słońce zaczerwieniło niebo, ale atmosfera była wciąż ciemna. Cały dzień spędziłam w szkole i mieście. 
Mój przystanek, wyskoczyłam z autobusu, upewniając się czy mężczyzna nie pójdzie za mną, ale on wciąż siedział na swoim miejscu, i gdy autobus już miał odjeżdżać chuchnął w szybę i zaczął nakreślać na szybie litery "D, I, A, N.." Ostatniej nie wyłapałam. Jak wielkim musi być zbiegiem okoliczności to, że obcy mężczyzna próbuje dać mi do zrozumienia, że zna doskonale moje imię? I pewnie mnie? I wszystko inne?
 W tamtym momencie poczułam się zagrożona. 
Zaczęłam biec ulicą zapyziałych egoistów, każdy przechodzień myślał o sobie. Godzina osiemnasta była dla nich jak pora żerowania. Kobieta w brązowej sukience ominęła mnie starannie, pewnie chciała biżuterii na 7 rocznicę ślubu od męża, ale nie będzie go stać. Pewnie zaraz wpadnie pod samochód, a rocznicę spędzą na ojomie. Facet sprzedający precelki pewnie rozwodnik, a ślęczy tu na tym chłodzie tylko po to aby złowić i opatroszyć kolejną kobietę. Ale nie w zdrowy sposób, nie zdrowy.. Oo, a temten w brudno-zielonej kurtce wygląda jakby zabił swojego psa. Za głośno szczekał i strzelił mu w łeb. Musi być nienormalny, to może.. Podbiec i zagadać? Coś typu “- Cześć, ja też zabiłam wiele istnień w głowie, ale nie bój się nie powiem nikomu o psie.” Mam dreszcze, zimno mi, w środku płonę i rozsadzający ogień pali kartki pamięci, ubywa mi jej. Przygniatające odczucie w czaszce zatrzymało mnie na moment przy murku koło kawiarni. Wdech i wydech, serce kołacze. Brak mi tabletek. To swego rodzaju odmiana nerwicy, zresztą.. Czego ja nie miałam? Zegar na kawiarni: tyk, tyk. Odpycha mnie od muru, idę. Jego wskazówki odbijają się dźwiękiem o serce, które błyszczy kolorami szarości. Dotarłam cudem pod znajomą bibliotekę, skrywającą dziś więcej tajemnic niż nie jedna pieczara. Przetarłam z czoła mokre włosy, myśląc o szyfrze. Wyjęłam go z kieszeni. Wydawało mi się jakbym widziała na ścianach sklepu obok światła latarki. Dotykam ścian, macam je. Co u licha, coś mi się tu nie podobało. Patrzę w górę. Ów coś przemknęło po rynnie. Ominęłam to. Dywan z rzadkiej mgły formuje chodniczek tuż u u wrót Domu Sów. Dotykam delikatnie i ostrożnie klamki wyglądającej na rozgrzaną, każdy krok to ostateczność. Przebiegła mi myśl: Teraz, nigdy, wieczność - czym to jest? Człowiek tkwi w klatce przypominającej bardziej szklankę na wpół pełną. Zanurza się powoli, topiąc swoje smutki i demony mimowolnie, ale wciąż będąc głową i rękami poza obszarem wody. Topiąc tylko połowę. Zawsze na wpół jesteśmy żywi i na wpół martwi. Ale co to, ale gdzie to, ale jak to. Kto to widział! Każdy z demonów potrafi pływać, o wiele lepiej od ciebie.
Pchnęłam drzwi. Nad nimi wisiał dzyndzel, taki wiadomo.. Łapacz snów w podoczepianymi świecidełkami, które w rezultacie po otwarciu wrót wydawały charakterystyczny dźwięk, przyjazny, chciało się wchodzić. Ciekawe ile snów już złapał, to jedyna rzecz jakiej się boje. Sny są niekontrolowane, oczywiście nie mówiąc o Lucid Dream, czy Out Of Body Experience. Boje się tego, co zobaczę, że pierwszy raz od dzieciństwa coś mnie przerazi. Że będę mogła popełnić tysiące samobójstw jednej nocy palcem wskazującym, bo tego chcę, tak bardzo mogę wtedy chcieć. Nie chcę praktykować rzeczy pogłębiających psychozę, oczywiście mogę, ale nie chcę bo znam konsekwencje.
Wszystko było na miejscu, książki, półki, podłogi w kolorze dębu, skrzypiące schodki na górne piętro. Wszystko prócz nie tej samej pani siedzącej za starym biurkiem. Kiedyś tu bywałam, swoją drogą tylko po lektury szkolne w podstawówce. To miejsce było najlepsze w całym kraju, moim zdaniem i zdaniem mojej matki. A przemiła pani w dredach zawsze dodawała otuchy i życia.
- Bonjour. To Ty Marie? - zapytałam głupkowato, ludzie wolą, gdy się pyta. Telepatia nie wchodzi w grę. W końcu nienaturalne czytać to co zakryte, a przynajmniej nie jest to dar pochodzący od Boga, wiec jaki? Przeklęty, przeklęta Diana woli dmuchać na zimne.
- Dzień dobry. - odwróciła się gwałtownie dziewczyna również z dredami, poprawiając włosy, odłożywszy książkę nieznajoma dodała - Mamy nie ma, targi mitologicznych książek gdzieś na północy kraju były ważniejsze - wydęła dolną wargę w nieznacznym geście, coś na wzór półuśmiechu.
- Okultystycznych pewnie. - odchrząknęłam niedbale zbliżając sie do niej z podejrzliwym, pełnym, uśmiechem. 
- Zapewne - zaśmiała się tajemniczo.
Nie przestawałam się uśmiechać. Nie umiałam przestać, przeciwieństwo tego, co działo się na uczelni. Ten uśmiech, ten prawdziwy, gdy się na niego spojrzy mówił coś w rodzaju “Witaj, jestem Diana. Z Krainy Czarów, ale nie takich w jakie wierzyłeś. W moim świecie króliki biegają z nożami, a czarne koty drążą  stygmatyczne symbole na przekrwionej skórze cnotliwych spojrzeń. Nigdy mnie nie poznasz.”
- miło mi Cię poznać, jestem Annabelle - wyciągnęła zza biurka w moja stronę pełną tajemniczych tatuaży dłoń, uścisnęłam ją.
Poznać? Sprytna bestia.. Wysoka dziewczyna, z pociągłą twarzą o długich kruczoczarnych włosach splecionych w jednak nie dredy, a małe warkoczyki - zastygła w chwilowym milczeniu, śmiąc wcześniej twierdzić, że mnie poznała. Przestraszyłam ją? Nie wydaje mi się, patrzyła tak przenikliwie jakby chciała powiedzieć “Witaj, Diano. Kiedyś Cię widziałam, ugrzęzłaś ze sparaliżowanym zegarkiem z drewnianym wykończeniem w zagłębiu ziemi, którą zasypują. Zegarek stanął, ale gdy piach przyćmi Twoje światło rozbudzi się godzina. Zadbaj by nie było za późno by cokolwiek zatrzymać.” Zadrżałam. Nie była zwykła, nie patrzyła jak typowa. A tajemnica kłębiąca się w zapachu potarganych przemyśleń, tajemnica pieprzyła się z moją zepsutą na daną chwile telepatią. Uniosłam głowę do góry, zadarłam nosa. Ładne miała te warkoczyki, była podobna do Marie..
Cholera.. Coś przez moment, dosłownie ułamek sekundy przemknęło zza jej pleców w regał. Coś stało cały czas za nią, albo było w niej i czmychnęło do nowej kryjówki. Miałam tak wielką ochotę powiedzieć jej “Hej, spójrz, Annabelle! Tam za Tobą biega hm.. obcy francuski dobrze zbudowany blondyn, prawdopodobnie duch, ale nie bój żaby!” Kum, kum. Światła lampionów zza tęczówek gasną, otwiera usta.
- Wyglądasz na zmęczoną, zrobić Ci herbaty? - zerknęła przelotnym wzrokiem w półkę, w którą przed momentem uciekł cień wysokiego faceta z francuską urodą.
Kiwnęłam przecząco głową. Jej ciemna karnacja i czerwone usta świetnie komponowały się ze światłem jarzeniówki, wprost idealnie - A może chcesz przejrzeć nasze nowe zdobycze? - nie mówiła z przekonaniem, szczerze mówiąc nie wiem co mógł sugerować jej ton, który był mi obcy, jak ona sama. Ale to mnie kręciło.
W tym momencie przypomniała mi się postać, która mnie tu w pewnym sensie zaciągnęła. Sekretem pozostawionym mi jak kufer pod powłoką trawy ze skarbem bez wartości. JESZCZE.
Prowadziła mnie. Wiodłyśmy mozolną przeprawę przez wiele krain, po prawej stronie - historia wojen. Żołnierze i karabiny, uważaj na drogę, wszędzie są miny! Po lewej - baśnie, opowiastki. Mały książę skacze z żyrandolu na teatralne maski Szekspira. Samobójstwo. Ann szła kocimi ruchami przemierzając bibliotekę niczym tancerz scenę. Wyglądałybyśmy zjawiskowo na scenie teatralnej w tym przedsięwzięciu z plakatu na uczelni. Szła zgrabnie i powabnie jakby ciągła za sobą woń na spragnione psy, jako suczka pewnie również nie byłaby łatwą zdobyczą. Lecz jedyne co za nami podążało to niezauważalny cień, bynajmniej tak myślał, na pewno tak myślał. Weszłyśmy na dział muzyki  obok nowości. Zamiast w ten drugi zerknęłam na regał z książkami o tematyce muzycznej. Nagle włączyła się płyta winylowa nadająca bardzo znajome dźwięki. Beatlesi - Yesterday. Wczoraj tak szybko minęło. Tchnęło mnie w duszy, spojrzawszy przez przypadek na pewną wciśniętą w głąb książkę, wytknęłam ręke by jej sięgnąć. Ale nie zdążyłam bo chwile przed - rozległ się kolejny dźwięk - spadającego gramofonu i zaciętej płyty winylowej. 1963 - tyle zdążyłam uchwycić z tytułu. Annabelle odciągnęła mnie nieco na bok, coś na wzór improwizacji, gdy plan bierze w łeb, by drugi człon akcji mógł zrobić sztuczny rozdźwięk. Kto mógł być drugim? Odpowiedź sama nasuwa się jak żaby pod koła w okresie godowym.
Zakłopotana niemało dziewczyna spojrzała prędko na zegarek, taki sam jaki nosiłam ja - zasypywana piachem śmierć. Podała mi kilka książek, ale wyraźnie się niecierpliwiła.
- Robi się już późno, może  - przerwałam niegrzecznie - Może powinnam pójść do domu? Powinnam - znów mój uśmiech i znów jej, ten sam co wcześniej wzrok.
- Do zobaczenia - ścisnęłam wetkniętą mi przez nią książkę.
- Mam nadzieję.. - powiedziała nostalgicznie, rzucając  spojrzenie i odprowadzając pod drzwi i żegnając się.
Annabelle i tego już jestem pewna - nie była zwyczajna.
Dotarłam do domu, ściskając książkę i myśląc raz o niej, raz o szyfrze, raz o Alexie. Kolejna noc i modlitwa o otworzenie oczu nazajutrz. Noce są ciężkie pod względem cierpień, syczą nad uchem paskudne melodyjki, dziecięce danse macabre. Sowy pomachały mi na dobranoc.  Może mnie polubiła, może Annabelle również pod maską niedostępności ma jakąś energię.
- Adieu! Zamknęłam oczy, Diana znów mogła powrócić do swojej komnaty, do swojego/nieswojego kota i zwisającej przyjaciółki. Jutro muszę zapytać o coś Ninę..

3 Dom sów.


Obudziłam się 4 minuty przed 6 rano. Lubię wstawać skoro świt patrząc na obumarłe miasteczko. A raczej jego przedmieścia, bo w takim oto miejscu teraz mieszkamy. Słodko śpi, śmietnik cuchnącego bruku. Samochody w fazie rem pozbawione drażliwego dźwięku nie są już tak uciążliwe, nawet niebo w piżamie, a księżyc zmęczony. "Dajcie mu spać!" Chciałabym krzyknąć. Wszystkie poranne czynności wykonane, skarpetki na opak i poszarpane włosy. Długie i ciemne sunące po bladych niemal niebieskich policzkach. Miałam ten kolor po ojcu, tak myślę, teraz jest siwy, ale z legend wynika, że kiedyś było przeciwnie. Spojrzałam w lustro. Twarz jak ocean, a oczy dwie łodzie. Kto do nich wsiądzie? Kto zdoła? Kto może? I przepłynie Styks tajemnic bez ran wojennych? Oto daje Ci tę broń usnutą z liter zamazanych, na niebiałym już papierze starym i potarganym. A ja siedzę w oknie w białej wyciągniętej koszuli, i wciąż patrzę. Czasem zapisuje te moje wierszowane myśli, ale wypisał się długopis. Słońce zerka, wychylając swoje promienie spod płaszczu, obmywa mnie nimi, okala ramiona, filtruje mi żyły. Widok z okna był może nie piękny, ale zadowalający. Patrzę. Wtedy naprawdę kogoś zobaczyłam, była to osoba naprawdę żywa. Bardziej żywa od moich rosyjskich znajomych. Ktoś w długim brązowym płaszczu szedł, powiedzmy, od strony drzwi bloku, w którym była biblioteka i stanął na środku drogi, tak że byłam w stanie go dostrzec. Kilka przecznic stąd. Zauważyłam to bo miał w ręku coś świecącego, co odbijało promienie świeżego słońca w moje oczy. Ałć, przetarłam je. Raziło. Biblioteka to piękny budynek, w kolorze ciemno-brzoskwiniowym ze starymi ramami u okien dodającymi klimatu upiorności takich miejsc, w których  pamięć snuje się jak cień po niciach i trzeba ciągle uważać by nie zachwiać miejscem. Lub by nie wpaść na kolacje w roli dania. Wysoki Ktoś odszedł po chwili w stronę, z której wyszedł, jakby dopiero po upewnieniu, że go zauważyłam.W chmurze jego wspomnień chciałabym zobaczyć jakąś tajemnicę, którą tylko ja miałabym prawo posiąść. Pomyślałam, że czemu by nie?
Zebrałam się od okna, sięgając do szafy szybko po spodnie, które ubrałam. Zdjęłam koszulę nocną, a na jej miejsce zarzuciłam długi brązowy t-shirt z Ramones, jeszcze tylko trampki na podwyższeniu i byłam już prawie gotowa do wyjścia. Prawie, bo pozostawało jeszcze bezszelestnie czmychnąć przez korytarz, a potem schody i ominąć niezauważalnie kuchnie, w której mógł siedzieć ojciec. Lubił wcześnie wstawać, jak ja, by poczytać książkę w kuchni.
To jego ulubione miejsce, gdy w pobliżu nie ma Hanny. Czasem mam wrażenie, że się jej boi. Prawie nigdy się nie odzywa, a przynajmniej nigdy nie uśmiecha. Tym razem nikogo nie było, spali. W osobnych pokojach. Muszę wspomnieć, że ich miłość jest trudną do za-kategoryzowania. Są razem, ale jednak osobno. Razem płacą podatek za prąd, ale osobno ten prąd wykorzystują. Poznali się w wesołym miasteczku. Hanna ponoć poszła ze swoimi męskimi przyjaciółmi w dzień przesilenia wiosennego, ubrana w kurtkę motocyklową, by obejrzeć koncert lokalnego bandu grunge'owego. Zawsze miała dobry gust, zawsze była we wszystkim dobra. Zawsze chciałam jej choć trochę dorównać. I jest tak cholernie skromna, samą sobą pokazuje swego rodzaju dostojność i wyższość. Nawet w młodości wystarczyło na nią spojrzeć, żeby wiedzieć z jak silną osobowością ma się do czynienia. Podobno jej spojrzenie porażało bardziej niż kontakt pierwszego stopnia z piorunem. Przynajmniej tyle wiem z opowieści babci Mirandy, jej matki, jej stwórcy.
Ojciec był ochroniarzem tamtejszej imprezy, która z godziny na godziny się rozkręcała w idealnej scenerii pomarańczowego bezchmurnego nieba i cudownej muzyki. Wiem, że jacyś mężczyźni chwycili ją i zaczęli podrzucać. Coś na rodzaj pogo, ale bardziej brutalnego i perwersyjnego. Wydawało mi się, że lubiła takie rzeczy.. Ale wtedy przeradzało się to w zadawanie ciosów. Z huku nikt prócz Adama nie zauważył jak młoda, pełna buntu dziewczyna jest poniewierana. Może krzyczała, może nie, w każdym razie mój ojciec tak szybko jak było to możliwe zainterweniował, tłukąc jednego z drugim sprzętem ochroniarskim. Podniósł ją z ziemi i jako student medycyny starannie opatrzył. Zaczęli rozmawiać. Po tym zdarzeniu rozmawiali bardzo często.

Wyszłam z domu - a raczej wyskoczyłam bo ktoś przekręcił wycieraczkę w efekcie czego się potknęłam. Ruszyłam chodnikiem z rękami w moich szerokich spodniach. Oj, w cale nie było tak ciepło! Nie, nie.. Modliłam się jedynie, aby nikt nie zauważył mojej nieobecności. H, mogłaby źle zareagować.. Znów bym ją rozczarowała.
Teraz trzeba było przejść przez drogę, z której jak z kamfory wyłonił się van. Prawie mnie zmiótł. Wreszcie na miejscu. Ktoś zniknął, ale nie do końca bo szkiełko, które mnie poraziło leżało na ziemi, a pod nim kartka. Stałam tak jakby zaczarowana, patrząc na okrągłe szkiełko w złotym obramowaniu, to musiała być stara rzecz. Takich lusterek niecodziennie widzi się na chodniku. Tuż za mną stała Sara, czekając na odpowiedni moment. Nagle zrobiła wielkie "bum" i zarzuciła mi się na plecy.
- Wszędzie poznam te trampki.
Nowy rekord w tęsknocie, tak dawno jej nie widziałam. Objęła mnie mocno, ciepły uścisk w zimny dzień. Jej twarz promieniała szczęściem. Była nieświadoma, a radość tkwi w niewiedzy bo im mniej wiesz tym lepiej śpisz, a sen to kolebka między dobrem, a złem. Oczy jej błysnęły. 
- Tęskniłam, wariatko! - dodała.
- Wariatka także. - zaczęłam już mówić w trzeciej osobie, bójcie się. 
Cały czas chciałam sięgnąć po przedmioty, ale ona wciąż na mnie wisiała i z drugiej strony niesamowicie chciałam ją poprzytulać. Za 2h wyjeżdża nasz autobus do szkoły, pewnie szła po bułki, albo jakieś inne jedzonko. Odwróciłam się w jej stronę i mocno ścisnęłam.
Fala ciepła bijącego z ciepłych dłoni żywej przyjaciółki ogarnęła moje ciało.
Rzeczy starannie ukryłam stopami za sobą, przenosząc ją kilka centymetrów nad ziemią w stronę, w którą szła.
- Tyle Cie nie widziałam. Mówili, że wrócisz, ale nie wiedziałam, ze to dziś. Widzimy się na przystanku? - zapytała podekscytowana, w prawdzie nikt nie wiedział, gdzie tak naprawdę byłam, ona mogła tylko się domyślać.
- Yhym - przytaknęłam z półuśmiechem.
Ruszyła jak na wystrzał, oglądając się chwile za mną z gorącym uśmiechem na twarzy, machając jedną dłonią bo w drugiej trzymała siatę z pieczywem.
Podniosłam przedmioty, chowając je w bluzkę, by nikt nie widział. Na koniec chwile przeglądnęłam się w pustym oknie biblioteki, poprawiając włosy. Zobaczyłam w oddali ciemnego mężczyznę na ławeczce. Gdy się obejrzałam już go nie było. Passa zdarzeń niewytłumaczalnych. Pognałam do domu z potarganymi i rozwianymi myślami. 
Dziś kraty niewoli zostaną osunięte, a kajdanki na dłoniach polegną w zapomnieniu. Wracam w mury uczelni. 
Po drodze odpakowałam kartkę.
"R.6/P.11/20cm-right
Pozdrawia Dom Sów"

2 Simon.



94 dni. Dziewięćdziesiąt cztery dni pozornego spokoju. Przez ten czas zdążyłam zaznajomić się z ludzką normą. Wchłonęłam typowe poranne czynności, nasyciłam usta udawanym uśmiechem, a słowa wypełniłam standardową ironią i krytycznym zgorszeniem co do wszystkiego potocznie wulgarnego, według mediów, które mi zabrano. (nadal mogłam oglądać telewizję, ale tylko tę wytyczoną przez Hannę). Byłam niczym ptak w klatce doznań pozbawiony dziobu i skrzydeł. Zakaz na książki, one jak i internet weszły w pewnego rodzaju cenzus (a myślałam, że epoka ograniczeń i tematów tabu dawno już za nami). Kiedy “terapia dobiegła końca” - a przynajmniej taką mam diagnozę w papierach - nastąpiło opuszczenie kurtyny. Całe to widowisko z  odliczonymi starannie tabletkami, pochowanymi książkami w pudłach w piwnicy (które rzekomo zawierały informacje, dzięki którym szaleństwo w duszy małej {już nie takiej małej} dziewczynki mogło spokojnie rosnąć), odłączeniem internetowej magii(która zapoznała mnie ze złymi ludźmi o złych intencjach i złych poglądach), zabraniem ostrych przedmiotów(będących potencjalnym zagrożeniem dla czystych jak łza smutnych żył). A na koniec i tu gwóźdź programu -  pobytem w Zakładzie Przeznaczonym Do Eliminacji Garstki Społeczeństwa Nie Chcącego Dołączenia Do Rzeszy Pustych Marionetek, a więc całe to przedstawienie ucichło, zmalały litery którymi głaskano mnie przed snem, troska obumarła bo przecież.. wyzdrowiałam. Według mnie nikt nie jest zupełnie normalny, a na mnie postawiono krzyżyk i pustą diagnozę. Strącono mnie w niezatapialne miano świra, szaleńca, obłąkanej, a z drugiej strony - traktowano mnie na równi ze 'zdrowymi ludźmi'. Zdrowy człowiek - nie potrzebuje troski, zdrowy człowiek powinien sam o siebie dbać. Kupować  prezenty, przytulać w gorsze dni, a w lepsze łaskotać się nożyczkami. Tak naprawdę każdy zostawił mnie na pastwę losu. Najpierw wymęczył, a potem zostawił. I to ciągłe zastanawianie się "Jak ja sobie poradzę.." 

Stało się, Nabrałam powietrza w ochrypnięte płuca, zaciągając się papierosem, używką, która według przekonań ludzi w brudnych kitlach powinna mnie zabić za każdym wypuszczonym z ust pasmem dymu.. Umarłabym już wiele razy. Śmierć nie jest taka prosta. O nie, nie. Nie łatwo umrzeć. Tak strasznie trudno umrzeć, nawet na oczach tego kota patrzącego tępo w chłodne oczy ciała, które zwiędło. Ona chciała być i istnieć, a nie zwisać bezbronnie jak teraz na prowizorycznym sznurze koło okna w pokoju gościnnym. Oczywiście, że już dawno ją pochowano, 120 lat temu. Nasz dom nie był taki młody, mimo, że niedawno go kupiliśmy. Zastanawiam się czy nie powinnam jej zdjąć.
Jeżeli ktoś teraz wyjdzie za potrzebą i zobaczy chude kobiece ciało o szorstkich już złocistych włosach, opadających na ramiona włosach, zgarbione z rozdziawioną twarzą, na skroś sine z nienaturalnie wygiętą szyją od mokrego sznuru.. Ktoś mógłby nieco się zdziwić. Miała na imię Nina, co ja gadam..  To wciąż jej imię, śmierć nie zabija tożsamości, śmierć jej tożsamości dodaje wyrazistości, uwalnia ją i zaznacza, powoduje że staje się ważna i ktoś w końcu ją zauważa. Pochodziła z Rosji. Nina opowiedziała, że jako mała dziewczyna spróbowała swoich sił w balecie. Potem była burzą hormonów, liczne koncerty, imprezy, ale to dalej nie wybijało jej z rytmu ćwiczeń i żmudnej pracy. Poszperałam w internecie, wpisując "Nina Aristov", tańczyła na licznych spotkaniach, eventach. Skonstruowała nawet własny spektakl dla swojej grupy, który pokazała w  1882 roku 21 maja, rok przed swoją śmiercią. Urodziła się w 1856 roku w dzień podpisania traktatu paryskiego Rosji i kilku innych państw, zmarła w wieku zaledwie 26 lat. Była naprawdę piękna, typowa blond-włosa słowianka z piwnymi oczami. A  ten bury kot bawiący się jej kołyszącymi nogami jak zabawką z nitek to Simon, z tego co mi mówiła był niesamowicie wierny i zależny. Chodził krok w krok za jej cieniem, a w czasie prób zostawiała go z woźnym, który nie miał nic przeciwko. Podobno widział, całą jej śmierć. Nina twierdzi, że nie popełniła samobójstwa, że to ktoś zawiesił ten sznur by inni tak myśleli, a odpowiedzi można szukać już tylko u kota. Cóż, teraz jej cień jest tu i tylko nieznacznie się telepie, gdy zwłoki popchnie wiatr z uchylonego okna, a on nigdy go nie opuści. A co gdy poświata zniknie, a ona się rozsypie? Może Simon wyparuje jak kamfora. Lecz na razie czuwa. Mając nadzieje. Głuchą nadzieje.


Wczorajsze spotkanie rozbudziło we mnie wrzące wspomnienia Starych Dziejów, albo nie takich starych. Może w świecie jaki mnie nawiedził czas mija szybciej.
Tyka jak bomba, którą czuje w nogach, gdy zastygam w jednej pozie, patrząc na niebo tak jak teraz. Co noc ubywa gwiazd. Zauważyłam, że odkąd zaczęłam je liczyć z każdym kolejnym dniem pękają jak szkło sypiąc po omacku proch w moje oczy.  Dzięki, któremu usypiam. Mogę w każdej chwili wyskoczyć z okna i przekonać się czy księżyc uniesie mnie, jak obiecywał. Nie zaryzykuje, od jutra zaczynam szkołę, wracam do niej jak weteran z orderem na czole “wygrałam wojnę, ale wciąż jestem psychiczna więc trzymajcie się z daleka”. A z rozbitą na drobinki twarzą po upadku z dwóch pięter myślę.. wyszłabym jeszcze gorzej.

Lecę spać bo znowu słyszę ten dźwięk, to chyba kroki pod drzwiami do mojego pokoju. Jakby ktoś trzymał wartę. Dobranoc, Simon.

1 Nie byłam częścią normalności.


Wszystko zostało spowite zasłoną śnieżno białego puchu, nie byłam do końca pewna czy mogę nazwać to śniegiem. Często tak miałam, często widziałam go, a nawet czułam, w momentach, gdy na przykład - powinnam wygrzewać się w blasku słońca. Tym razem stykał się z moimi rozgrzanymi do czerwoności policzkami i naprawdę byłam przekonana, że woda, która spływa po ciele jest jego skrystalizowaną formą. To nie pierwszy dzień, kiedy czuje swego rodzaju “dotyk zimy”, przedwczesny, nie urojony. 
Siedziałam wtedy skurczona na parkowej ławce, a jesień co jakiś czas przebiegała przede mną w niezgrabnym tańcu liści. Nauczyłam się schematu z jakim wiatr kieruje pogodą, prawie jak afrykański szaman budujący magiczną więź z przyrodą. Poczułam w tamtym momencie, że wszystko zaczyna do mnie wracać, wszystko czego się "pozbyłam", bałam. Jako dwudziestoletnia dziewczyna porzuciłam długi czas temu, to co budowałam. Papierosy też. Wyrzucili mnie nawet z dorywczej pracy za notoryczne spóźnienia. O szkole nie było mowy, ciągle ją przerywałam ze względu na niekrótkie nieobecności. Leki sypały się z kieszeni jak extasy z rąk narkomana. Pierwszy śnieg już spadł, widzę go, a więc powinnam pójść do psychiatry. Kupiłam papierosy, wypaliłam jednego. I jeszcze jednego i.. długa przerwa w paleniu spowodowała atak kaszlu. Od jakiegoś czasu wyglądałam na żywą i chyba taką starali się mnie postrzegać. Ludzie, a szczególnie bliscy - nie łatwo godzą się z faktem, że ktoś z ich rodziny odstaje od wytycznych i nie jest częścią.. normalności? Tak, normalności, w której drążą puste dziury. Puste otwory, które ja umiem zapełnić kolorami rozkwitających kwiatów i zapachem iglastego lasu, w które mogę wtłoczyć wiele niewypowiedzianych słów, właśnie tych nasączonych wstydem i pożądaniem. Pożądanie i wstyd są jak latawiec i wiatr. Bańka prywatności pękła. Ktoś zaczął mi machać, bardzo blisko w odległości centymetrów od zaschniętej w zamyśleniu twarzy. Tę twarz widziałam dosłownie wieki temu. Wolałam nie reagować, bo przecież nie miałam pewności czy to ktoś prawdziwy czy tylko wytwór wyobraźni, ale gdy postać pchnęła mnie lekko w ramię poświadczyła o prawdziwości. Nauczyciel ze starej szkoły z szerokim uśmiechem niczym rekin w głębinach do swojej ofiary, którą lada moment wyeliminuje. Faktycznie wylądowaliśmy w głębi oceanu. On stojący setki tysięcy kilometrów od mojej świadomości, zamkniętej na świat zewnętrzny nie miał bladego pojęcia, że mówi tylko do na wpół obumarłej lalki o zamglonym błękicie oczu. Niedawno wróciłam do domu, a oni wszyscy myślą, że od razu będę chciała mówić. Nonsens. Zastanawiało mnie to, dlaczego był tak lekko ubrany.. Kurtka wiatrówka, bez czapki na głowie i brązowe trampki. Przecież jest tak zimno i do tego ten śnieg, którego nie mógł zobaczyć. Wiedziałam, ze jest chłodno bo przecież dreszcze na mojej skórze nie były bez powodu, ani ten widoczny oddech, który w dzieciństwie zawsze przypominał mi dym.
 Mówił coś o nauce, wszystkimi możliwymi sposobami próbował nie wejść tematem na grząski grunt mojego odejścia ze szkoły. Potem zaczął o pogodzie (ale śnieg znowu przeoczył), następnie zamilkł na moment i mogłam go przeczytać jak z otwartej książki. Nie był trudną lekturą, a jego okładka wcale nie gruba, w kilka sekund przejrzałam jego myśli: obiad, poprawa sprawdzianów, myślał też o tym, że urosły mi cycki, i że to niedorzeczne, ze ubrałam grube rękawiczki, ale nie powiedział tego bo "może to nowy krzyk mody". Tyle się znał na ubraniach na ile wskazywały na to jego stare trampki. Potem nagle sobie przypomniał, że przez cały dzień nie wyprowadził psa na spacer. Kartka za kartką, każde marzenie z dzieciństwa, to niesamowite móc to widzieć tak realistycznie jak na koncercie rockowym móc spojrzeć na idola - wszystko co błąka się po umyśle niespełnionego mężczyzny w średnim wieku. Przerywając ciszę syknęłam bezwiednym głosem pytanie.
- Jak się miewa Kira? - tak miał na imię pies.
- Dobrze, dobrze. Kupiłem mu właśnie karmę.
 Wzdrygnął się szybko i dodał, że musi pędzić do domu, by go nakarmić. (Ta.. nakarmić, łatwiej skłamać, że zwierzę głoduje niż przyznać się do tego, że w mieszkaniu leży jego naga kochanka). Pożegnał się ładnie i oddalił, a przed tym jeszcze myśląc ”Chwila, ale skąd ona wiedziała jak mój pies ma na imię?” Ludzie są tacy zabawni, prawie jak gęsia skórka, która wcale nie jest gęsia i z gęsią nie ma nic wspólnego. Nagle ruszyłam z miejsca, bo przecież.. ile można pozorować wyjście do biblioteki?
Zostałam sama, jednocześnie czując obecność, byt, a raczej jego dłoń zachwiała się - sypiąc na trawę biały proch. Zawsze twierdziłam, że to niegrzeczne ze strony ludzi, gdy nie żegnają się ze zmarłymi, duchy przecież tak często siedzą tuż obok nas. W parku, czy restauracji, a nawet na łóżku układając kołdrę w zawiłe wzory by noc poczęstowała nas snem w chłodne, zimowe wieczory. Jak ten.
Wróciłam do domu, by podpisać zaległe papiery. Uprzątnąć swój czysty i nieruszany pokój przez prawie trzy miesiące. W drzwiach wzrokiem zdzieliła mnie Hanna, moja matka. Chciała przy tym wyglądać na ciepłą i zatroskaną, ale niewiele jej z tego tytułu. Miała piękne długie blond włosy, była przeciwieństwem moja ojca, który już posiwiał, ale nadal był nawet przystojny. Ona nie była "nawet" ładna, pewnie gdybyśmy wyszły razem na miasto ludzie myliliby ją jako siostrę, nie matkę. A nie zachowywała się jak żadna z nich. Była chłodna i zimna, nawet jej uśmiech grzmiał.
Tak naprawdę w cale nie umiem czytać w ludzkich myślach, potrafię jedynie odczytywać ich zachowania na podstawie długotrwałej analizy. Analizuje tę kobietę 20 lat i dalej nie potrafię odczytać jej intencji.
- Miałaś telefon, dzwonił Alexander. Pytał jak się czujesz, powiedziałam że dobrze - nawet na mnie nie spojrzała, mimo, że siedziałyśmy razem w kuchni.
- Coś jeszcze? - odpowiedziałam tym samym.
- Chciał się spotkać, ale w Twoim stanie to nieodpowiednie - woda zaczęła się gotować.
- Moim stanie? - powiedziałam, niemal wybuchając, moja matka to jedyna osoba, która potrafi mnie tak szybko zdenerwować.
- Mam Ci przypomnieć co przez ostatnie lata się działo? Tylko ja wiem, co jest odpowiednie - odwróciła się.
- Masz rację - ale z tym się zgodzę, tylko ona wiedziała. A przynajmniej byłam o tym przekonana.
Hanna odeszła, a za nią chłód i ciarki również zniknęły. Położyłam głowę na stole, zaciskając oczy zbyt mocno. 
- Jestem uwięziona - szepnęłam do kota, który pojawił się na parapecie.