wtorek, 12 sierpnia 2014

6 Wylęgarnia paranoi


Otworzyłam gwałtownie oczy, odklejając je boleśnie od zaschniętych powiek. Wydostałam się z pieczar ciemności, które więziły mnie tak długo. Nie było to wcale bezpieczne, przypominało podróż astralną, ale z tą różnicą, że za cholerę nie mogłam wydostać się na własne życzenie. Bezkres ma wady.
 Rzuciłam pusty wzrok w biel sufitu.
Jestem pewna, że nigdy nie miałam tego przeczucia. 
Jak gdybym przespała pół wieku na dnie trumny, zakopana żywcem, posądzona o magię (może i słusznie). Swoją drogą biedne nie-wiedźmy lądowały na stosie, musząc wąchać smród własnego ciała, które stawało w ogniu. A ja? Tylko przespałam wieczność. Niesprawiedliwości część kolejna. Spędziłam jedynie kilkaset lat by wybudzić się na nowo w dniu chwały, pod osłoną gwiazd, w świetle Nocy Czerwonego Księżyca, czując zapach kandyzowanych jabłek, porannej świeżości i zakrwawionego obrusu.
 Nie straszne mi ognie, nie straszne mi wody i wichry tysiąca gniewów, chemikalia, jak i bomby biologiczne - by przeżyć potrzebuje jedynie natchnień. 
Nawet gdyby sznur oplątał moją chudą szyję i zawiesił się na szczycie gałęzi, zerwałby się wiatr, który popsułby te niecne zamiary. 
"Spróbuj, gdy nie będzie nic do stracenia" - słowa Alexa, które rzucał mi za każdym razem, kiedy popadałam w obłęd. Czuł się bezradny, może nawet bardziej niż ja. Czasem mam przez to do siebie żal, że jeszcze istnieje, a potem nagle przypomina mi się kolejny jego cytat.
"Ale masz do stracenia mnie. Mimo, że nie ma mnie przy Tobie, możesz stracić nadzieję, że będę."

Skoro nareszcie powstałam z popiołów niczym feniks - musiałam ocenić skrupulatnie sytuację, jaką uraczył mnie los.

Ściany są obrzydliwie zielone, a firanki w oknach wyglądają jak skarby antycznej mizantropki. Okna zaś wstrętne, małe i staroświeckie. A całe to miejsce przeszyte zapachem wilgoci i sterylności wywoływało odruchy wymiotne.
Rzygałabym, ale nie mogłam rozpracować mechanizmu otwierania ust, paraliż znikał dosyć wolno. Pozostawała opcja duszy, która za moment chlapnie mokrą plamą absurdu na schorowaną od bieli podłogę. Czuję jakbym pozbyła się swego rodzaju brzemienia, a owe pozbycie wyzwalało endorfiny. Może nie mam nerki? Albo płuc? Paznokcia?
 Wszystko co do tej pory było, co przykrył brudny śnieg umarło wraz z liśćmi, które rozsypały się w proch ów dnia w parku, kiedy dziadek powiedział mi bardzo ważną rzecz.

"Bo w życiu chodziło mi o to by słuchać i widzieć jak najwięcej. Notować. Być obserwatorem, Dianeczko. Obserwowałem całe życie to jak Twoja babcia robiła ciasta, a gdy umarła nie byłem w stanie nawet rozbić jajka bo wydawało mi się, że to okrucieństwo. Dzięki temu przerzuciłem się na dietetyczne ciastka i spadł mi cholesterol. Żyłem 10 lat dłużej." 


Powinnam zacząć je jeść, albo chociaż spróbować wymyślić na własną rękę swoją prywatną życiową sentencję, którą mogłabym zakończyć tak znakomitą puentą.

W głuchej ciszy, której nikt nie dostrzega ma się dużo czasu na przemyślenia. W pajęczynie słów, słów-wymiocin, tak samo obślizgłych co cuchnących można zniknąć na dobre.
Ale teraz nie czas na refleksje, pielęgniarka z wilczym uśmiechem pląsa się obok tego lichego i przedpotopowego łóżka, sprawdzając stan mojego organizmu na kilku ekranikach. Zaczęła podpinać do ciała nowe elektrody. Miała w uszach słuchawki, a w nich głośne brzmienia, niemalże tańczyła. A ja za to niemalże pstrykałam palcami, nucąc zachęcająco "Tańcz mi, baby". Wsadziłabym jej nawet banknoty do spodni, gdybym tylko miała siłę i banknoty. Ale pech chciał, że byłam wtedy bezradnym i biednym jak mysz kościelna stworzeniem. Odsunęła się na chwilę by napisać sms, żując jednocześnie, na domiar złego gumę. Służba zdrowia dbała o mnie idealnie, jak widać. Ale nie narzekałam, póki przychodziły do mnie pielęgniarki z ładnymi tyłkami.
Trzeba wspomnieć, że ta Gumo-przeżuwaczka tylko jeden raz podczas wizyt spojrzała mi w oczy, a gdy to zrobiła, rzucając mi przelotne spojrzenie dzień później, kiedy to podnosiła z ziemi upuszczoną chusteczkę - odskoczyła do tyłu. Patrzyła na mnie przerażona przez moment (zapewne była stażystką, że reagowała tak nieprofesjonalnie), aż nagle zabolały mnie uszy.
- Odzyskała przytomność! Ludzie! - wypluła gumę na podłogę z podniecenia i chusteczką, którą podniosła wcześniej musiała podczas szybkiego przykucnięcia zdjąć przeżuty pokarm. Wybiegła z twarzą porażoną prądem. Wiedziałam, ze jestem elektryzująca, ale nie, że aż tak.. 
Zbiegło się nade mną kilku starszych lekarzy w kitelkach. Światełko skierowane do moich oczu było niemożliwe. Naradzali się, rozkazali podać tabletki i wstrzyknąć coś w żyłę. Przeżuwaczka podłożyła mi pod głowę drugą poduszkę i posłała mi uśmiech, z pełnym zainteresowaniem - pozbawionym ignorancji w postaci słuchawek.
Przysiadła obok łóżka na fikuśnym foteliku.
- No nieźle - zagadała.
- Hm? - zmarszczyłam lekko brwi, perfekcyjnie zmęczona.
- Miałaś.. - nie zdążyła dokończyć.
- Szczęście - odwróciłam wzrok w stronę okna - Wielu ludzi potrzebuje go bardziej ode mnie, którzy zasługują - odważyłam się na dłuższe zdanie, nabierając wcześniej ogrom powietrza w płuca.
- Należysz do nich - położyła dłoń na mojej, uśmiechając się szeroko - Masz gościa. Siostra może przyjść? - uniosła kącik ust, wstając i poprawiając kołdrę, pod którą leżałam.
Siostry jako takiej nie mam. Ale jej, cholera, tego nie powiem.
- Tak - kiwnęłam głową.

Do mojej wylęgarni paranoi zawitała istota.
W której żyłach niebieska krew promieniała niebieską aurą. 
W której oczach błysk i cień.
Istota skrajności i punkt niewiedzy.
Ludzki pytajnik o kruczoczarnych włosach,
do którego przylegały czarne jeansy z łańcuchami przy kieszeniach.

Zatem..

 - podniosłam się na łokciach ponieważ byłam już na siłach. Patrzyłam w stronę drzwi, zza których wyłoniła się Annabelle. W grunge'owej kurtce bez rękawów z wy-doczepianymi bajerami zespołów metalowych i krótkimi trampkami. Zauważyłam, że miała sporo tatuaży. Nie była osobą wylewną, tak więc musiałam systematycznie ją odkrywać. Włosy miała spięte w koku, warkoczyki uroczo komponowały się z całością. Smaczne wyczucie stylu.
Przeszła kilka kroków do przodu.
- Biednie - zarzuciła słowem, obchodząc moje stanowisko z lewej do prawej i sunąc palcem po kantach łóżka.
Biednie.. - już chciałam zapytać "Biednie co?", gdy wtem ona - Wyglądasz. Wyglądasz biednie - usiadła blisko na prześcieradle i przetarła mój policzek kciukiem - Siostro.
Zrobiło się o niebo cieplej. Zaśmiałyśmy się.
Chwilę rozmawiałyśmy na głupie tematy. Wytknęła mi, że na ramionach mam 24 siniaki. A na nogach sprawdzi mi kiedy indziej. A te widoczne będę musiała zakryć bo nikt nie może pomyśleć, że przechodzę przemoc domową. 
- Sama rozumiesz. Nie lubię policji. Kiedyś jeden z jej wysłanników przysiadł się do mnie, gdy czekałam na matkę w parku. Poszła po fajki, tyle razy mówiłam, żeby tego nie robiła, no ale nic. Chciał mnie zaciągnąć na komisariat. Drapał po ramieniu, obleśny. A ja zwyczajnie kopnęłam go w jaja i uciekłam. Skurczył się i pisnął jak gotujący się czajnik. Ale jedyne co mogło mu się gotować to penis. - śmiech na sali szpitalnej zatańczył z echem - Dlatego też nie chcę wylądować na przesłuchaniu odnośnie pobicia mojej przyszywanej siostry - rzuciła zawadiackim uśmiechem.
- Teraz już rozumiem! Ale obiecuje, że przy mnie nikt Cię nie skrzywdzi, nie zgwałci, ani pobije, ani - przerwała mi
- Ani nie zaciągnie za ramię do pustego zaułka podrapać po ramieniu - dokończyłam.
Znów wybuch śmiechu przetrawił szpitalną salę.
Uśmiechałyśmy się tępo po sobie przez moment.
- A tak naprawdę to jak się czujesz? - zapytała z poważną miną. Szybko transportowała emocje oraz humor, kamienna twarz popchnęła mnie do szybkiej odpowiedzi. Wciąż zapominam, że ona nie jest jak reszta. 
- Nie licząc zwichniętej nogi, kilku zadrapań, potłuczonych kończyn i zachwianej pamięci to.. - przerwałam, nie wiedząc jak to dokończyć. Dobrze? Źle? Co tak właściwie się wydarzyło? Kim był.. mężczyzna. Tak, już pamiętam.. Postać, która mnie wyciągnęła z opresji.
- Jak do tego doszło? - chwyciła się dłonią za podbródek, przerzucając palce na wisiorek, którym zaczęła się bawić. Wisiorek przedstawiający skrzydło ptaka, wykonany z brązu. Opowiadała, że należał do jej zmarłej babci. Jej śpiew i grę na fortepianie słyszy w każdą rocznicę, to jedyny dzień w roku kiedy tak bardzo ma ochotę zapłakać. Wydaje mi się, ze była dla niej kimś jak łyżka dla zupy, czy niebo dla gwiazd, nie do opisania potrzebna.
- W pewnym momencie znalazłam się na jezdni, biegłam, wydawało mi się, że.. Źle się poczułam. Mało pamiętam - westchnęłam cicho.
- A właśnie, że nie. Pamiętasz wszystko, ale wypierasz to bo chcesz wypłukać z pamięci te urywki, które Cię dławią - błysnęły jej oczy, zdjęła z ramienia plecak i zaczęła w nim szperać.
- Ktoś tam wtedy był, uratował mnie - zawahałam się, mówiąc trzęsącym głosem.
Rzuciła wzrokiem po sali szpitalnej, patrząc na puste łóżko obok mojego, które zapewne w najbliższym czasie zapełni jakiś naprawdę potrzebujący człowiek.
Wyciągnęła z plecaka siatkę, którą podarował mi Mizerny i wsunęła ją do mojej torby z rzeczami, tak że nawet nie zdążyłam się wtedy  połapać. Fakt, wyglądałam dobrze bo rozpromieniałam dzięki jej wizycie. Policzki automatycznie zaróżowione pod wpływem nieznanej euforii. Nawet nie wiedziałam kiedy zniknął. Może właśnie on był brzemieniem? Nie.. Co ja plotę? Obcy mężczyzna, będący chmurą ulotną, wydmą na piasku i jakimś wyimaginowanym wyobrażeniem mógłby.. Uratować i być powodem, dla którego? Wiele rzeczy jeszcze nie przechodziło przez lejek moich myśli. Jak na dwadzieścia wiosen byłam bezczelnie infantylna. Co z tego, że oczytana w dziełach Horacego i Hemingwaya. Intelekt nie miał nic wspólnego z bezdrożami głupoty, w jakiej zataczałam coraz to większe kręgi.

Porozmawiałyśmy miło. Czułam się oswajana, nie było między nami dużych barier, takich jakie wparowały około  godzinę później przy wizycie ojca. Przysiadł obok mnie i długo się nie odzywał, patrząc na moje dłonie, które pogłaskał przyjaźnie. 
- Czujesz grawitacje do kół samochodowych, powinniśmy Cię zamknąć w piwnicy - uśmiechnął się lekko bo to miała być ekscentryczna forma żartu, mimo, że w moich uszach brzmiała po prostu śmiesznie i drwiąco.
- Powinniście - spojrzałam na swoje dłonie, czując narastający smutek. Gdy jedyna córka zawodzi świat przyodziewa mniej ostre kontury i staje się gigantyczną egzystencjalną prośbą o zmianę stanu rzeczy. Mój ojciec był ustabilizowanym człowiekiem, wykształconym i dobrze sytuowanym, a mimo tego nie spoglądał na mnie jak na największy błąd swojego życia. Pech, który zadecydował o tym, by jego życiorys określić "nieudanym". Ale wcale nie nudnym, o to nie mógł mnie zaskarżyć, tym nie był w stanie przypieczętować mojego bytu.
Ale starał się to zataić. Z drugiej strony, popatrzyłam jego oczami i zrozumiałam, że tak naprawdę - tylko łajdak nie chciałby zataić swojego żalu.
Przyniósł mi świeże pomarańcze, jabłka i marakuję (mimo, że wiedział - jak bardzo jej nie znoszę. Jednakowoż wygrało jego przekonanie o tym, że jest dobrym antydepresantem i mi je przyniósł), pyszne kruche ciastka oblane czekoladą i nektar pomarańczowy (z dwoma ostatnimi trafił w dziesiątkę).
Gdy już wszystko zręcznie rozpakowałam, a ojciec powoli zaczął oddalać sie w stronę wyjścia, szepnęłam (wydawało mi się, że sama do siebie w głowie)
- Dlaczego jej tu nie ma.. - pogładziłam jabłko rękawkiem od koszuli by błyszczało, bym mogła się w nim przejrzeć.
Ojciec usłyszał to, stając naprzeciw drzwiom, jakby skamieniały, odwrócił się na pięcie patrząc na moją bezsilność.
- Czasem.. - spojrzał w okno jak w encyklopedię, mając nadzieję, że zobaczy tam odpowiedź - trudno się pogodzić z biegiem rzeczy. Bo sprawy biegną, przyznaj.
W głowie zaszumiało mi "przyznaję".
- A my za nimi, sterowani emocjami - podrapał się po brodzie.
Nigdy nie usłyszałam od niego tak przejmującego określenia, my ludzie - sterowani emocjami, słuchałam go dalej, nie rozumiejąc ani słowa.
- Niektórzy są wylewni, a inni zostają w domach i czekają na jakąkolwiek emocję - chwycił się za ramię.
- Jesteś wylewny? - rzuciłam, nie zastanawiając się.
- Jestem kochający - uśmiechnął się tajemniczo i wyszedł, pokazując na mój upaprany od czekolady policzek. Zniknął.

Poszli. Zostawili mnie. Każdy po kolei jak owady pozbawiony pokarmu kwiat. Prócz kota, który znów przybył ni stąd ni zowąd. Simon miał to do siebie, potulna martwa bestyjka. Siedział na parapecie oddalonym ode mnie o drugie łóżko i szafkę. Do swojej obróżki miał przypięty liścik. Kazałam mu do mnie przyjść, ale nie należał do posłusznych. Pozostało mi jedynie delikatne czmychniecie na paluszkach pod okno, by go nie spłoszyć - i tak więc zrobiłam. Trzymając się kurczowo elementów, takich jak oparcie czy ściany. Bez większych problemów, ani uszczerbków dotarłam na miejsce, zagarniając w swoje ramiona - jak dla mnie niezwykle namacalną istotę - co z tego, że zimną, ale za to puszystą. 

Rozwinęłam papier wyrwany prawdopodobnie z notesu.
"Wciąż zainteresowana spektaklem?"
To byłoby idealne rozwiązanie, to mogłoby wyciągnąć mnie, a przynajmniej chociaż na chwilę oderwać z tej fatalnej wylęgarni paranoi, jaką w sobie hoduję. Sięgnęłam po pióro wieczne, otwierając je ustami, w których pozostała zatyczka, bazgrząc pod górnym zdaniem swoją odpowiedź.
"Tak, ale jestem fajtłapą. Uratuj mnie." Wsunęłam papier z powrotem w obróżką, po czym zwierzę momentalnie zniknęło, gdy tylko przymrużyłam powieki.
Obrót o 360 stopni wstecz. Jak za muśnięciem różdżczki czy dotknięciem lampy Alladyna. Mój Alladyn podarował mi lampę w postaci życia, a potem prysnął jak każdy inny Alladyn w głębie, w próżnię.
Kiedy lekarz przyszedł rozkazałam mu, żeby wypisał mnie na własne życzenie. Protestował. Niemalże naskoczył na mnie swoim lekarskim bełkotem o tym jaka jestem nie poważna. Zrobiłby to, gdybym nie była kategoryczna. Spakowałam wszystkie swoje rzeczy, kończąc jeść marakuję. Kroczyłam przez szpital jak dumny paw, ludzie patrzyli się z pewnego rodzaju przerażeniem. Dawałam świadectwo wielkości, z podniesioną głową chodzą ci, którzy znają swoją wartość. Ja nie znałam ani tego, ani smaku wolności, która ciągle przemykała mi się jak nici przez palce. Tym razem ją złapałam, ale musiałam wcześniej uciekać przed napastnikiem i prawie zabić się pod kołami samochodu. Życie uczy wiele, tych którzy rozumieją swoje błędy.
Ja miałam.. nieodparte wrażenie, że to nic na mnie nie robi.
Dlatego się bali, widząc dumne kroki ubranej całej na czarno meduzy o kamiennych oczach, zaciskającej pięści w tajemniczej ekstazie.
 Miałam już tylko jeden cel.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz