wtorek, 12 sierpnia 2014

6 Wylęgarnia paranoi


Otworzyłam gwałtownie oczy, odklejając je boleśnie od zaschniętych powiek. Wydostałam się z pieczar ciemności, które więziły mnie tak długo. Nie było to wcale bezpieczne, przypominało podróż astralną, ale z tą różnicą, że za cholerę nie mogłam wydostać się na własne życzenie. Bezkres ma wady.
 Rzuciłam pusty wzrok w biel sufitu.
Jestem pewna, że nigdy nie miałam tego przeczucia. 
Jak gdybym przespała pół wieku na dnie trumny, zakopana żywcem, posądzona o magię (może i słusznie). Swoją drogą biedne nie-wiedźmy lądowały na stosie, musząc wąchać smród własnego ciała, które stawało w ogniu. A ja? Tylko przespałam wieczność. Niesprawiedliwości część kolejna. Spędziłam jedynie kilkaset lat by wybudzić się na nowo w dniu chwały, pod osłoną gwiazd, w świetle Nocy Czerwonego Księżyca, czując zapach kandyzowanych jabłek, porannej świeżości i zakrwawionego obrusu.
 Nie straszne mi ognie, nie straszne mi wody i wichry tysiąca gniewów, chemikalia, jak i bomby biologiczne - by przeżyć potrzebuje jedynie natchnień. 
Nawet gdyby sznur oplątał moją chudą szyję i zawiesił się na szczycie gałęzi, zerwałby się wiatr, który popsułby te niecne zamiary. 
"Spróbuj, gdy nie będzie nic do stracenia" - słowa Alexa, które rzucał mi za każdym razem, kiedy popadałam w obłęd. Czuł się bezradny, może nawet bardziej niż ja. Czasem mam przez to do siebie żal, że jeszcze istnieje, a potem nagle przypomina mi się kolejny jego cytat.
"Ale masz do stracenia mnie. Mimo, że nie ma mnie przy Tobie, możesz stracić nadzieję, że będę."

Skoro nareszcie powstałam z popiołów niczym feniks - musiałam ocenić skrupulatnie sytuację, jaką uraczył mnie los.

Ściany są obrzydliwie zielone, a firanki w oknach wyglądają jak skarby antycznej mizantropki. Okna zaś wstrętne, małe i staroświeckie. A całe to miejsce przeszyte zapachem wilgoci i sterylności wywoływało odruchy wymiotne.
Rzygałabym, ale nie mogłam rozpracować mechanizmu otwierania ust, paraliż znikał dosyć wolno. Pozostawała opcja duszy, która za moment chlapnie mokrą plamą absurdu na schorowaną od bieli podłogę. Czuję jakbym pozbyła się swego rodzaju brzemienia, a owe pozbycie wyzwalało endorfiny. Może nie mam nerki? Albo płuc? Paznokcia?
 Wszystko co do tej pory było, co przykrył brudny śnieg umarło wraz z liśćmi, które rozsypały się w proch ów dnia w parku, kiedy dziadek powiedział mi bardzo ważną rzecz.

"Bo w życiu chodziło mi o to by słuchać i widzieć jak najwięcej. Notować. Być obserwatorem, Dianeczko. Obserwowałem całe życie to jak Twoja babcia robiła ciasta, a gdy umarła nie byłem w stanie nawet rozbić jajka bo wydawało mi się, że to okrucieństwo. Dzięki temu przerzuciłem się na dietetyczne ciastka i spadł mi cholesterol. Żyłem 10 lat dłużej." 


Powinnam zacząć je jeść, albo chociaż spróbować wymyślić na własną rękę swoją prywatną życiową sentencję, którą mogłabym zakończyć tak znakomitą puentą.

W głuchej ciszy, której nikt nie dostrzega ma się dużo czasu na przemyślenia. W pajęczynie słów, słów-wymiocin, tak samo obślizgłych co cuchnących można zniknąć na dobre.
Ale teraz nie czas na refleksje, pielęgniarka z wilczym uśmiechem pląsa się obok tego lichego i przedpotopowego łóżka, sprawdzając stan mojego organizmu na kilku ekranikach. Zaczęła podpinać do ciała nowe elektrody. Miała w uszach słuchawki, a w nich głośne brzmienia, niemalże tańczyła. A ja za to niemalże pstrykałam palcami, nucąc zachęcająco "Tańcz mi, baby". Wsadziłabym jej nawet banknoty do spodni, gdybym tylko miała siłę i banknoty. Ale pech chciał, że byłam wtedy bezradnym i biednym jak mysz kościelna stworzeniem. Odsunęła się na chwilę by napisać sms, żując jednocześnie, na domiar złego gumę. Służba zdrowia dbała o mnie idealnie, jak widać. Ale nie narzekałam, póki przychodziły do mnie pielęgniarki z ładnymi tyłkami.
Trzeba wspomnieć, że ta Gumo-przeżuwaczka tylko jeden raz podczas wizyt spojrzała mi w oczy, a gdy to zrobiła, rzucając mi przelotne spojrzenie dzień później, kiedy to podnosiła z ziemi upuszczoną chusteczkę - odskoczyła do tyłu. Patrzyła na mnie przerażona przez moment (zapewne była stażystką, że reagowała tak nieprofesjonalnie), aż nagle zabolały mnie uszy.
- Odzyskała przytomność! Ludzie! - wypluła gumę na podłogę z podniecenia i chusteczką, którą podniosła wcześniej musiała podczas szybkiego przykucnięcia zdjąć przeżuty pokarm. Wybiegła z twarzą porażoną prądem. Wiedziałam, ze jestem elektryzująca, ale nie, że aż tak.. 
Zbiegło się nade mną kilku starszych lekarzy w kitelkach. Światełko skierowane do moich oczu było niemożliwe. Naradzali się, rozkazali podać tabletki i wstrzyknąć coś w żyłę. Przeżuwaczka podłożyła mi pod głowę drugą poduszkę i posłała mi uśmiech, z pełnym zainteresowaniem - pozbawionym ignorancji w postaci słuchawek.
Przysiadła obok łóżka na fikuśnym foteliku.
- No nieźle - zagadała.
- Hm? - zmarszczyłam lekko brwi, perfekcyjnie zmęczona.
- Miałaś.. - nie zdążyła dokończyć.
- Szczęście - odwróciłam wzrok w stronę okna - Wielu ludzi potrzebuje go bardziej ode mnie, którzy zasługują - odważyłam się na dłuższe zdanie, nabierając wcześniej ogrom powietrza w płuca.
- Należysz do nich - położyła dłoń na mojej, uśmiechając się szeroko - Masz gościa. Siostra może przyjść? - uniosła kącik ust, wstając i poprawiając kołdrę, pod którą leżałam.
Siostry jako takiej nie mam. Ale jej, cholera, tego nie powiem.
- Tak - kiwnęłam głową.

Do mojej wylęgarni paranoi zawitała istota.
W której żyłach niebieska krew promieniała niebieską aurą. 
W której oczach błysk i cień.
Istota skrajności i punkt niewiedzy.
Ludzki pytajnik o kruczoczarnych włosach,
do którego przylegały czarne jeansy z łańcuchami przy kieszeniach.

Zatem..

 - podniosłam się na łokciach ponieważ byłam już na siłach. Patrzyłam w stronę drzwi, zza których wyłoniła się Annabelle. W grunge'owej kurtce bez rękawów z wy-doczepianymi bajerami zespołów metalowych i krótkimi trampkami. Zauważyłam, że miała sporo tatuaży. Nie była osobą wylewną, tak więc musiałam systematycznie ją odkrywać. Włosy miała spięte w koku, warkoczyki uroczo komponowały się z całością. Smaczne wyczucie stylu.
Przeszła kilka kroków do przodu.
- Biednie - zarzuciła słowem, obchodząc moje stanowisko z lewej do prawej i sunąc palcem po kantach łóżka.
Biednie.. - już chciałam zapytać "Biednie co?", gdy wtem ona - Wyglądasz. Wyglądasz biednie - usiadła blisko na prześcieradle i przetarła mój policzek kciukiem - Siostro.
Zrobiło się o niebo cieplej. Zaśmiałyśmy się.
Chwilę rozmawiałyśmy na głupie tematy. Wytknęła mi, że na ramionach mam 24 siniaki. A na nogach sprawdzi mi kiedy indziej. A te widoczne będę musiała zakryć bo nikt nie może pomyśleć, że przechodzę przemoc domową. 
- Sama rozumiesz. Nie lubię policji. Kiedyś jeden z jej wysłanników przysiadł się do mnie, gdy czekałam na matkę w parku. Poszła po fajki, tyle razy mówiłam, żeby tego nie robiła, no ale nic. Chciał mnie zaciągnąć na komisariat. Drapał po ramieniu, obleśny. A ja zwyczajnie kopnęłam go w jaja i uciekłam. Skurczył się i pisnął jak gotujący się czajnik. Ale jedyne co mogło mu się gotować to penis. - śmiech na sali szpitalnej zatańczył z echem - Dlatego też nie chcę wylądować na przesłuchaniu odnośnie pobicia mojej przyszywanej siostry - rzuciła zawadiackim uśmiechem.
- Teraz już rozumiem! Ale obiecuje, że przy mnie nikt Cię nie skrzywdzi, nie zgwałci, ani pobije, ani - przerwała mi
- Ani nie zaciągnie za ramię do pustego zaułka podrapać po ramieniu - dokończyłam.
Znów wybuch śmiechu przetrawił szpitalną salę.
Uśmiechałyśmy się tępo po sobie przez moment.
- A tak naprawdę to jak się czujesz? - zapytała z poważną miną. Szybko transportowała emocje oraz humor, kamienna twarz popchnęła mnie do szybkiej odpowiedzi. Wciąż zapominam, że ona nie jest jak reszta. 
- Nie licząc zwichniętej nogi, kilku zadrapań, potłuczonych kończyn i zachwianej pamięci to.. - przerwałam, nie wiedząc jak to dokończyć. Dobrze? Źle? Co tak właściwie się wydarzyło? Kim był.. mężczyzna. Tak, już pamiętam.. Postać, która mnie wyciągnęła z opresji.
- Jak do tego doszło? - chwyciła się dłonią za podbródek, przerzucając palce na wisiorek, którym zaczęła się bawić. Wisiorek przedstawiający skrzydło ptaka, wykonany z brązu. Opowiadała, że należał do jej zmarłej babci. Jej śpiew i grę na fortepianie słyszy w każdą rocznicę, to jedyny dzień w roku kiedy tak bardzo ma ochotę zapłakać. Wydaje mi się, ze była dla niej kimś jak łyżka dla zupy, czy niebo dla gwiazd, nie do opisania potrzebna.
- W pewnym momencie znalazłam się na jezdni, biegłam, wydawało mi się, że.. Źle się poczułam. Mało pamiętam - westchnęłam cicho.
- A właśnie, że nie. Pamiętasz wszystko, ale wypierasz to bo chcesz wypłukać z pamięci te urywki, które Cię dławią - błysnęły jej oczy, zdjęła z ramienia plecak i zaczęła w nim szperać.
- Ktoś tam wtedy był, uratował mnie - zawahałam się, mówiąc trzęsącym głosem.
Rzuciła wzrokiem po sali szpitalnej, patrząc na puste łóżko obok mojego, które zapewne w najbliższym czasie zapełni jakiś naprawdę potrzebujący człowiek.
Wyciągnęła z plecaka siatkę, którą podarował mi Mizerny i wsunęła ją do mojej torby z rzeczami, tak że nawet nie zdążyłam się wtedy  połapać. Fakt, wyglądałam dobrze bo rozpromieniałam dzięki jej wizycie. Policzki automatycznie zaróżowione pod wpływem nieznanej euforii. Nawet nie wiedziałam kiedy zniknął. Może właśnie on był brzemieniem? Nie.. Co ja plotę? Obcy mężczyzna, będący chmurą ulotną, wydmą na piasku i jakimś wyimaginowanym wyobrażeniem mógłby.. Uratować i być powodem, dla którego? Wiele rzeczy jeszcze nie przechodziło przez lejek moich myśli. Jak na dwadzieścia wiosen byłam bezczelnie infantylna. Co z tego, że oczytana w dziełach Horacego i Hemingwaya. Intelekt nie miał nic wspólnego z bezdrożami głupoty, w jakiej zataczałam coraz to większe kręgi.

Porozmawiałyśmy miło. Czułam się oswajana, nie było między nami dużych barier, takich jakie wparowały około  godzinę później przy wizycie ojca. Przysiadł obok mnie i długo się nie odzywał, patrząc na moje dłonie, które pogłaskał przyjaźnie. 
- Czujesz grawitacje do kół samochodowych, powinniśmy Cię zamknąć w piwnicy - uśmiechnął się lekko bo to miała być ekscentryczna forma żartu, mimo, że w moich uszach brzmiała po prostu śmiesznie i drwiąco.
- Powinniście - spojrzałam na swoje dłonie, czując narastający smutek. Gdy jedyna córka zawodzi świat przyodziewa mniej ostre kontury i staje się gigantyczną egzystencjalną prośbą o zmianę stanu rzeczy. Mój ojciec był ustabilizowanym człowiekiem, wykształconym i dobrze sytuowanym, a mimo tego nie spoglądał na mnie jak na największy błąd swojego życia. Pech, który zadecydował o tym, by jego życiorys określić "nieudanym". Ale wcale nie nudnym, o to nie mógł mnie zaskarżyć, tym nie był w stanie przypieczętować mojego bytu.
Ale starał się to zataić. Z drugiej strony, popatrzyłam jego oczami i zrozumiałam, że tak naprawdę - tylko łajdak nie chciałby zataić swojego żalu.
Przyniósł mi świeże pomarańcze, jabłka i marakuję (mimo, że wiedział - jak bardzo jej nie znoszę. Jednakowoż wygrało jego przekonanie o tym, że jest dobrym antydepresantem i mi je przyniósł), pyszne kruche ciastka oblane czekoladą i nektar pomarańczowy (z dwoma ostatnimi trafił w dziesiątkę).
Gdy już wszystko zręcznie rozpakowałam, a ojciec powoli zaczął oddalać sie w stronę wyjścia, szepnęłam (wydawało mi się, że sama do siebie w głowie)
- Dlaczego jej tu nie ma.. - pogładziłam jabłko rękawkiem od koszuli by błyszczało, bym mogła się w nim przejrzeć.
Ojciec usłyszał to, stając naprzeciw drzwiom, jakby skamieniały, odwrócił się na pięcie patrząc na moją bezsilność.
- Czasem.. - spojrzał w okno jak w encyklopedię, mając nadzieję, że zobaczy tam odpowiedź - trudno się pogodzić z biegiem rzeczy. Bo sprawy biegną, przyznaj.
W głowie zaszumiało mi "przyznaję".
- A my za nimi, sterowani emocjami - podrapał się po brodzie.
Nigdy nie usłyszałam od niego tak przejmującego określenia, my ludzie - sterowani emocjami, słuchałam go dalej, nie rozumiejąc ani słowa.
- Niektórzy są wylewni, a inni zostają w domach i czekają na jakąkolwiek emocję - chwycił się za ramię.
- Jesteś wylewny? - rzuciłam, nie zastanawiając się.
- Jestem kochający - uśmiechnął się tajemniczo i wyszedł, pokazując na mój upaprany od czekolady policzek. Zniknął.

Poszli. Zostawili mnie. Każdy po kolei jak owady pozbawiony pokarmu kwiat. Prócz kota, który znów przybył ni stąd ni zowąd. Simon miał to do siebie, potulna martwa bestyjka. Siedział na parapecie oddalonym ode mnie o drugie łóżko i szafkę. Do swojej obróżki miał przypięty liścik. Kazałam mu do mnie przyjść, ale nie należał do posłusznych. Pozostało mi jedynie delikatne czmychniecie na paluszkach pod okno, by go nie spłoszyć - i tak więc zrobiłam. Trzymając się kurczowo elementów, takich jak oparcie czy ściany. Bez większych problemów, ani uszczerbków dotarłam na miejsce, zagarniając w swoje ramiona - jak dla mnie niezwykle namacalną istotę - co z tego, że zimną, ale za to puszystą. 

Rozwinęłam papier wyrwany prawdopodobnie z notesu.
"Wciąż zainteresowana spektaklem?"
To byłoby idealne rozwiązanie, to mogłoby wyciągnąć mnie, a przynajmniej chociaż na chwilę oderwać z tej fatalnej wylęgarni paranoi, jaką w sobie hoduję. Sięgnęłam po pióro wieczne, otwierając je ustami, w których pozostała zatyczka, bazgrząc pod górnym zdaniem swoją odpowiedź.
"Tak, ale jestem fajtłapą. Uratuj mnie." Wsunęłam papier z powrotem w obróżką, po czym zwierzę momentalnie zniknęło, gdy tylko przymrużyłam powieki.
Obrót o 360 stopni wstecz. Jak za muśnięciem różdżczki czy dotknięciem lampy Alladyna. Mój Alladyn podarował mi lampę w postaci życia, a potem prysnął jak każdy inny Alladyn w głębie, w próżnię.
Kiedy lekarz przyszedł rozkazałam mu, żeby wypisał mnie na własne życzenie. Protestował. Niemalże naskoczył na mnie swoim lekarskim bełkotem o tym jaka jestem nie poważna. Zrobiłby to, gdybym nie była kategoryczna. Spakowałam wszystkie swoje rzeczy, kończąc jeść marakuję. Kroczyłam przez szpital jak dumny paw, ludzie patrzyli się z pewnego rodzaju przerażeniem. Dawałam świadectwo wielkości, z podniesioną głową chodzą ci, którzy znają swoją wartość. Ja nie znałam ani tego, ani smaku wolności, która ciągle przemykała mi się jak nici przez palce. Tym razem ją złapałam, ale musiałam wcześniej uciekać przed napastnikiem i prawie zabić się pod kołami samochodu. Życie uczy wiele, tych którzy rozumieją swoje błędy.
Ja miałam.. nieodparte wrażenie, że to nic na mnie nie robi.
Dlatego się bali, widząc dumne kroki ubranej całej na czarno meduzy o kamiennych oczach, zaciskającej pięści w tajemniczej ekstazie.
 Miałam już tylko jeden cel.

środa, 30 lipca 2014

5 Zapach śmierci

Jestem gotowa adoptować smutek każdego, gdyby było to racjonalnie możliwe. Założyłabym portal, na którym strapieni przesyłaliby mi swoje lęki, pozbywając się ich. Przesyłać mogą, ale pozbyć już nie. Cokolwiek powiedzą ludzie, każda obelga, przykry komentarz, bezwstydne i brudne spojrzenia - są nieważne w konfrontacji z czystką wszechświata. To błahostka w porównaniu z tym jak Twój własny umysł może zmieszać Cię z błotem. Gdy nagle za dziesięć dwunasta, tuż przed snem zaczyna szeptać. Syczeć, że nie potrzebujesz ludzi ani samego siebie. Umysł i psychika, warto skupić się na tych słowach. Nie jestem ani psychologiem, ani terapeutą, żeby wiedzieć, że to w gruncie rzeczy za ich przyczyną dochodzi do autodestrukcji. Ból jest niczym czego nie można zrozumieć. Problemy wynikają z poświadczenia o własnej niemocy, z przekonania o niemożności zrobienia czegoś, czego pragniemy, chcemy, musimy, powinniśmy. Czasem chcesz umrzeć, ale nie odejdziesz tak prędko. Zawsze możesz, ale nigdy z tego nie skorzystasz bo osoba w Tobie jest silna i na to nie pozwoli. A ja nie mogę, mimo, że wpadam w dziury skrajności. To nas różni. A potem wszystkie senne mary rozpływają się..  Zasypiasz o wpół do trzeciej. Pusty pokój pełen myśli, a Ty pośrodku nich na chwile utopiona w bezkresie fazy rem, który obmywa Ci umysł, umyj swoje serce i opatrz je bandażem przez ten czas, nie każ nienawidzić, tych którzy stają Ci na drodze. To uczucie - dodatkowy bagaż, będzie cięższy, wetknie twarz w mokrą ziemię i każe Ci skomleć. Wyć. Będziesz wyć jak nigdy, a Twój krzyk zleje się z Gorzką Prawdą Rozczarowań w trwały ślad. I wtedy naprawdę umrzesz, bo możesz. Bo nienawiść to droga do śmierci. I nie będzie ratunku. 
A  ja będę żyć dalej, ponieważ muszę. 
Byłam słaba w inny sposób. W mój własny i prywatny wyobrażony wachlarz urojeń. Obudziłam się by rozpocząć podróż. Płynąc łódką na pulchnym dywanie (nie wiem jak się na nim znalazłam, może spadłam z łóżka), rękami wiosłuje, do przodu i patrzę. Przede mną są drzwi, stamtąd odpływam. Tam w górze na suficie sterta rozsypanych gwiazd, które zaraz znikną, muszę patrzeć bo usną już zaraz, kiedy słonce zasłoni ich blask. Wychodzą i tańczą tak zgrabnie, powabnie. Wyciągają do mnie ręce do tańca, tego tańca nie zabraknie. Tu brak kostiumów, nie jestem na balu masek, każdy może być sobą, a nawet musi. Dusza jako bilet wstępu, już dawno zapłaciłam. Za mną okno, przypomina wyspę, odległy ląd spragniony nowych istnień. Płynę, by go zaludnić. Pomagają mi Anioły. Płynę, mało sił, a coraz więcej wody. Płynę i chce w końcu żyć. Ale co to? O, świt..
Jeżeli ludzie są Twoim wszystkim, to Twoje wszystko jest niczym. Ulotna chwila na wietrze,  jak dziurawy latawiec dziecka. Możliwe, że zgorzkniałam.
Dokładnie ten, który puszczałam sama w dzieciństwie. Ciemnogranatowy z gwiazdkami i księżycem, który zrobiła H. 
~ 10 lat wcześniej ~
Śliski od rosy letni poranek, bardzo wczesna godzina, którą zaburzyła blond-włosa piękność. Prawdopodobnie dwa dni po urodzinach małej dziewczynki z niesamowicie długimi i błyszczącymi włosami. 
Matka zerwała mnie z łóżka do swojej pracowni, postawiła na małym miękkim siedzonku i odsłoniła z palety prześcieradło.
- Ta daaa - nad wyraz przyjaznym tonem, pełnym dumy z samej siebie. 
- Co to, mamo? - rozespanym głosem, przecierając oczy powiedziała mała Diana.
- Jak to co - podała mi do rąk latawiec przypominający raczej urywek kosmosu, przyklękając obok mnie i pokazując kolejno gwiazdy, których łacińskie nazwy znała na pamięć - Teraz będziesz mogła zobaczyć noc, podczas dnia. Kiedy tylko chcesz i kiedy wiatr zechce Ci ją przynieść.

Podniosłam się z dywanu.
Wzięłam kota pod rękę ubrana w długi i ciepły zimowy sweter oraz jeansy. Buty sportowe nasunęłam niedbale na palce, a czapką zakryłam czubek głowy. Gdy przechodziłam przez korytarz zauważyłam H, notującą coś zawzięcie w dużym zeszycie, nie interesowało mnie co to może być.
W momencie, gdy znalazłam się w linii prostej od kuchni, w której siedziała spojrzała na mnie superchłodno. Myślałam, że mnie nie zauważy, ale niestety była najbardziej spostrzegawczą osobą w moim otoczeniu.
- Drzwi są zamknięte, zmieniłam zamki - dodała.
- Em.. - zawahałam się. Zmieniła zamki? Po co? Takie rzeczy robi się, kiedy co najmniej ktoś obawia się włamania, albo wtargnięcia niepożądanej osoby.
- Autobus masz dopiero o ósmej - odłożyła notes, w którym na koniec powolnym ruchem dłoni odstawiła pióro wieczne. Jeszcze wcześniej przekreślając jakieś słowo. Może to lista ewentualności? Nie mam pojęcia. Podeszła do szafki skąd wyjęła klucz, który chwilę potem wylądował na stole.
- Wiem - już za moment miałam dodać kolejne frazy, ale ona zaburzyła mój oddech.
- Uważaj na siebie - odwróciła wzrok, zabierając swój zeszyt i po prostu wyszła do sypialni. Wydawało się, że była strapiona, ale tylko wydawało. Idealnie wręcz potrafiła ukryć emocje. Mieszać je i manipulować tym samym innymi ludźmi w sposób wyrafinowany.
Skoro nie chciała wyjaśnień, ani dalszej wymiany zdań.. Pochwyciłam za klucz, który przymocowałam do portfela i otworzyłam solidny zamek. Za niespełna godzinę bus pojawi się na zatłoczonym przystanku, pozostały 54 minuty.

Biblioteka była zamknięta. Zgodnie z tabliczką na drzwiach Annabelle miała otworzyć równo z przyjazdem mojego autobusu, także przeczekanie nie wchodziło kompletnie w grę. Mruknęłam cicho pod nosem, zdmuchując kosmyki włosów z twarzy. Postanowiłam rozglądnąć się w celu znalezienia nietuzinkowego i niezbyt legalnego sposobu przedostania się do środka. Po prostu musiałam to zrobić. Oszalałam, ale to nic nowego. 

Przesunęłam duży granatowy kosz, za którym czekała na mnie wąska, śmierdząca i brudna uliczka prowadząca do frontowych drzwi i małego okienka tuż przy ziemi. Wybić je? Ale czym? Chwyciłam kamień, oddając rzut. Tyle siły w drobnej dziewczynce, że nawet nie trafiłam w szkło, o ironio. Przeszłam nieco dalej do drzwi, które oceniłam wzrokiem na zbyt masywne i zbyt wielkie. Nie wolno było nikogo obudzić, wytrychy w postaci spinki i pęsety nie zadziałały. Oparłam się o nie, osuwając na ziemię. Opadłam z sił jak myśliwy na polowaniu, które sprowadza go na manowce. Przed oczami przemknęła mi jakby sarna, uśmiechnięta złośliwie, pełna wiedzy i pewna, że nie tknę jej majestatu. Nawet króliki siedziały mi obłudnie na głowie i ramionach. Wszystko zdawało się ze mnie kpić i wyśmiewać, zabawa trwałaby w najlepsze do momentu, w którym kieszeń zaczęła mi przeszkadzać, jakby swędzieć, a raczej jej zawartość. Zaszyfrowana kartka. To był mój cel, jedyny jak dotąd. Nikt nie mógł się dowiedzieć. 
Podniosłam się, otrzepując spodnie z brudu ulicy. Przypadkiem klucz wymsknął się niemalże prosto do dziury kanalizacyjnej, ale dzięki szybkiemu manewrowi - rzuceniu się na niego, w ostatniej chwili złapałam przedmiot.
Dobra, przyznaje się, byłam ofiarą losu. 
I będę.
Klucz błyszczał w prześwitujących promieniach słońca. Głaskałam go palcem, oparta o drewniane wejście.
Nagle zrobiło się chłodniej i usłyszałam dźwięk przesuwania ciężkiego przedmiotu o beton. Dźwięczne wygwizdywanie melodii..
Zaraz potem huk ciężkich kroków zbił mnie z tropu. Na horyzoncie pojawił się mężczyzna, którego niestety już kiedyś wiedziałam. Niepokojący typ urody. Wychudzony, ale wyglądający na silnego w pewien sposób. Ubrany dokładnie tak jak wcześniej. Z tą samą siatką w ręku. Zbliżał się z uniesioną głową i brakiem wyrazu twarzy, która oznajmiała jedynie smutną głębię. Wokół niego nie unosiła się żadna smuga myśli, jakby nigdy nie był nimi skalany.



Odwróciłam się machinalnie w stronę drzwi i zaczęłam nimi histerycznie szarpać, kątem oka spoglądając na to, jak mężczyzna pokonuje kolejno przeszkody by dotrzeć do mnie. Ścisnęłam klucze, które ze sobą miałam i kolejno próbowałam otworzyć nimi zamek. Był już na oko 20 metrów bliżej, a strach nieustannie podkręcał atmosferę jak temperaturę w saunie. Gotowałam się. Pot spływał po moich dłoniach, jakby ktoś odkręcił kurek z wodą [tudzież potem]. Został ostatni klucz. Dobrze, że Mizerny toczył się tak wolno. W sekundzie ochrzciłam go tym pseudonimem, pasował do tego kogoś, kto najwyraźniej mnie prześladował. Klucz od domu pomimo kurczowych i natarczywych prób wpasował się idealnie. Kto by pomyślał? W tamtej chwili - na pewno nie ja.Wpadłam do pomieszczenia jak torpeda, szybko zresztą zbierając się z podłogi i z powrotem zamykając drzwi.
- Poczekaj - ciężki i ochrypnięty męski głos przebłysnął jak odbicie światła. Byłam już w środku. To miejsce miało to do siebie, że było niesamowicie zaciemnione, okna małe i wąskie, wysoko umieszczone. Gotycko. Zważywszy, że ściany miały z jakieś 2,4 metra wysokości, co najmniej. Wydawało mi się, że okien nie było wcale. 
Stałam przerażona naprzeciw drzwiom, czując, że on nadal za nimi jest. Słyszałam w myślach niemalże jego ociężały oddech i sunięcie palcami po framugach. Sunięcie niewyregulowanymi paznokciami, delikatne drapanie nimi okolic zamka i wyczekiwanie na moją odpowiedź. Czego ode mnie chciał? Właściwie tyle niedomówień już dawno powinno wpędzić mnie w siwą rozpacz. Albo co najwyżej zabić.
- Wiem, że tam jesteś - bardzo wolnym tempem wymamrotał każde słowo, brzmiące chropowato i nieprzyjaźnie.
- Nie musisz się mnie bać - chwilę odsapnął - Ale możesz. I na pewno z tego skorzystasz. Pamiętaj jedynie, że nie jestem jedynym - przerwał, ja za to cały czas trzymałam ucho przy drzwiach, próbując poskromić rozszalałe bicie serca, trzymałam na nim dłoń i łapałam oddech.
- Którego będziesz się bać - odparł zdaniem, w którym końcowe "bać" przeszywało pewnością siebie.
Nagle targnęła mną tygrysia złość i niepohamowany gniew, rozglądnęłam się dookoła szukając ostrego przedmiotu. Bo jakim prawem obcy dyktuje zasady? Chwyciłam w dłoń drąg, leżący obok jakiejś skrzyni i szybko otworzyłam zamki, rozwierając na oścież drzwi. Postawa bojowa, gotowa do ataku. Mężczyzny nie było, była tylko reklamówka, z którą zwykł mi się ujawniać. Minęło jedynie kilka sekund, a on zdążył czmychnąć. Co nie było do końca łatwe bo samo przedostanie się w to miejsce w 5 minut graniczyło z cudem, ale jego nie było. Rozpłynął się jak kamfora, jak pieniążek podawany magikowi, który ma sprawić, że w tajemniczy sposób zniknie, a tak naprawdę chowa go dyskretnie w spodniach i zatrzymuje dla siebie. Chwyciłam siatkę w dłoń i spojrzałam na zegarek.
- Jezu - wymsknęło mi się do samej siebie. Była już 7:55, jakim cudem miałabym zdążyć na autobus? Wyfrunęłam z drzwi, zamykając je wcześniej. Jak z procy. Nie zdążyłam poszperać by czegokolwiek się dowiedzieć, bo w końcu coś musiało się tam kryć. Zmarnowany czas, chociaż.. Reklamówka. Zajrzałam do niej. Były tam jakieś papiery, stare zakurzone aktówki pełne mnóstwa kartek. Same imiona i nazwiska, spisy życiorysów nieznanych mi ludzi. Wyłapałam kilka danych.
Samanta Rodrigo, sprzedawczyni w sklepie monopolowym "Rockers" przy ulicy Jana Sebastiana Bacha, vice przełożona klubu Wspólnota Soothe, mężatka, czworo dzieci.
Leonard Zimiński, lekkoatleta - pracujący jako barman w pubie "Night-time24", członek klubu Wspólnota Soothe, zamieszkały przy ulicy Bowen Ave 16.

Literki znużyły mnie, postanowiłam, że później przejrzę papiery. A teraz rozpoczęłam bieg, którego wygrana - znalezienie się w autobusie i możliwość nie spóźnienia na uczelnie była wystarczająca.

Mijałam przechodniów, biegnąc. Robiłam to zręcznie jakby było dla mnie codziennością spóźnianie się, a przecież zawsze chciałam mieć wszystko dopięte i  umieszczone w harmonogramie.
W pewnym momencie potknęłam się na ukruszonym kawałku kostki brukowej, przeleciałam przez kota dachowca, lądując na ziemi. Nic mi się nie stało, ale przeraziłam się. Przerażenie ogarnęło mnie ponieważ moja skóra zaczęła robić się sina i blada, zaczęłam szarzeć. Śmierdzieć stęchlizną i obumierającym ciałem w fazie livor mortis.
Czy ja naprawdę zaczynam umierać? Kot dachowiec momentalnie przeobraził się Simona, możliwe, że cały czas to był mój martwy kot, który pojawia się i znika. łasił się do nogawki. Livor mortis to inaczej plamy opadowe, jedna z pierwszych oznak zgonu. Zaraz po nim uwalnia się trupi jad. Zaczynam się rozkładać? A moje PH zmieniać? Marznę. Drętwieje, jest mi zimno. W uszach livor mortis zamienia się w piosenkę złożoną z jednego słowa, które syczy diabeł. Ssssss, Ssssssss, Śśśśśśś, śśśśśmierć.
Wstałam z kafelków. By iść przerażona, gubiąc za sobą chusteczki niczym księżniczka pantofelki - tylko o wiele mniej zgrabnie i o wiele mniej powabnie. Jakim prawem mogę umrzeć? Wlekłam chodniku swoje ciało, opadnięte z sił. 
Przecież nocne paskudy mówiły inaczej, przecież demony nie spalają swoich mieszkań, w których dobrze im się żyje, a teraz jedno z nich płonie. Zaczynam piszczeć. Jęczeć, skomleć, tylko zbyt cicho by ktokolwiek mógł usłyszeć. Trzymałam głowę biegnąc przez ulicę. Głosy w głowie i chłód wydobywający się, do licha, z mojego własnego ciała.. To wszystko, niepojęte wszystko. Nie zauważyłam nawet kiedy moje nogi wdepnęły w białe paski potocznie nazywane pasami dla pieszych. Żaden kierowca ich nie widzi, wiec dlaczego ja miałam? Tak zdesperowana, potłuczona chodząca świadomość porażki miała prawo. Ułamki czasu, piski opon, prawie.. Dosłownie prawie. Moje ciało zadrżało. Kierowca ślizgał się po powierzchni jak w chaotycznym spektaklu. Poczułam gwałtowny ucisk wdrażający się w głąb mojego ciała, ale ucisk szybko minął - razem ze świadomością. Przed zemdleniem widziałam niebieskie tęczówki kogoś wybiegającego ze mną na ramionach spod karambolu. 
Puf.
Leżę na ziemi, na ziemi chodnika. A przy mnie przykuca twarz nieznajomego. Wpatruje się w moje zaschnięte oczy. 
To była iluzja, dałam się nabrać. Wkręcona w żart diabła. Wpadłam.
Mężczyzna z samochodu szybko wysiadł by sprawdzić co ze mną, gdybym mogła odpowiedzieć na jego durne pytania..
- Żyjesz?! Halo?! Umarłaś?! Nie żyjesz, Jezu! Słyszysz mnie?!
Odpowiedziałabym tak: "Nie, wcale nie żyje, jestem w postaci wesołego zaschniętego trupa, a moje tętno i widoczne bicie serca wcale nie świadczą o życiu w moich żyłach, masz rację" Mogłaby się roześmiać, ale nie było mowy nawet o otworzeniu ust, zemdlałam. A mimo to wciąż mogłam buszować w umyśle ludzi, gdzieś poza doczesna świadomością, może jednak miałam dar.. 
Potem była juz tylko karetka i jaskrawo czerwono-niebiesko-żółte światła.
Wylądowałam w miłej, przytulnej szaro-zielonej szpitalnej salce. Nie mogłam jej oczywiście ujrzeć, bo zapadłam w śpiączkę - to oczywiste. Obłędnie. 
Spóźniłam się na uczelnie, na bank.