Jestem gotowa adoptować smutek każdego, gdyby było to racjonalnie możliwe. Założyłabym portal, na którym strapieni przesyłaliby mi swoje lęki, pozbywając się ich. Przesyłać mogą, ale pozbyć już nie. Cokolwiek powiedzą ludzie, każda obelga, przykry komentarz, bezwstydne i brudne spojrzenia - są nieważne w konfrontacji z czystką wszechświata. To błahostka w porównaniu z tym jak Twój własny umysł może zmieszać Cię z błotem. Gdy nagle za dziesięć dwunasta, tuż przed snem zaczyna szeptać. Syczeć, że nie potrzebujesz ludzi ani samego siebie. Umysł i psychika, warto skupić się na tych słowach. Nie jestem ani psychologiem, ani terapeutą, żeby wiedzieć, że to w gruncie rzeczy za ich przyczyną dochodzi do autodestrukcji. Ból jest niczym czego nie można zrozumieć. Problemy wynikają z poświadczenia o własnej niemocy, z przekonania o niemożności zrobienia czegoś, czego pragniemy, chcemy, musimy, powinniśmy. Czasem chcesz umrzeć, ale nie odejdziesz tak prędko. Zawsze możesz, ale nigdy z tego nie skorzystasz bo osoba w Tobie jest silna i na to nie pozwoli. A ja nie mogę, mimo, że wpadam w dziury skrajności. To nas różni. A potem wszystkie senne mary rozpływają się.. Zasypiasz o wpół do trzeciej. Pusty pokój pełen myśli, a Ty pośrodku nich na chwile utopiona w bezkresie fazy rem, który obmywa Ci umysł, umyj swoje serce i opatrz je bandażem przez ten czas, nie każ nienawidzić, tych którzy stają Ci na drodze. To uczucie - dodatkowy bagaż, będzie cięższy, wetknie twarz w mokrą ziemię i każe Ci skomleć. Wyć. Będziesz wyć jak nigdy, a Twój krzyk zleje się z Gorzką Prawdą Rozczarowań w trwały ślad. I wtedy naprawdę umrzesz, bo możesz. Bo nienawiść to droga do śmierci. I nie będzie ratunku.
A ja będę żyć dalej, ponieważ muszę.
Byłam słaba w inny sposób. W mój własny i prywatny wyobrażony wachlarz urojeń. Obudziłam się by rozpocząć podróż. Płynąc łódką na pulchnym dywanie (nie wiem jak się na nim znalazłam, może spadłam z łóżka), rękami wiosłuje, do przodu i patrzę. Przede mną są drzwi, stamtąd odpływam. Tam w górze na suficie sterta rozsypanych gwiazd, które zaraz znikną, muszę patrzeć bo usną już zaraz, kiedy słonce zasłoni ich blask. Wychodzą i tańczą tak zgrabnie, powabnie. Wyciągają do mnie ręce do tańca, tego tańca nie zabraknie. Tu brak kostiumów, nie jestem na balu masek, każdy może być sobą, a nawet musi. Dusza jako bilet wstępu, już dawno zapłaciłam. Za mną okno, przypomina wyspę, odległy ląd spragniony nowych istnień. Płynę, by go zaludnić. Pomagają mi Anioły. Płynę, mało sił, a coraz więcej wody. Płynę i chce w końcu żyć. Ale co to? O, świt..
Jeżeli ludzie są Twoim wszystkim, to Twoje wszystko jest niczym. Ulotna chwila na wietrze, jak dziurawy latawiec dziecka. Możliwe, że zgorzkniałam.
Dokładnie ten, który puszczałam sama w dzieciństwie. Ciemnogranatowy z gwiazdkami i księżycem, który zrobiła H.
~ 10 lat wcześniej ~
Śliski od rosy letni poranek, bardzo wczesna godzina, którą zaburzyła blond-włosa piękność. Prawdopodobnie dwa dni po urodzinach małej dziewczynki z niesamowicie długimi i błyszczącymi włosami.
Matka zerwała mnie z łóżka do swojej pracowni, postawiła na małym miękkim siedzonku i odsłoniła z palety prześcieradło.
Matka zerwała mnie z łóżka do swojej pracowni, postawiła na małym miękkim siedzonku i odsłoniła z palety prześcieradło.
- Ta daaa - nad wyraz przyjaznym tonem, pełnym dumy z samej siebie.
- Co to, mamo? - rozespanym głosem, przecierając oczy powiedziała mała Diana.
- Jak to co - podała mi do rąk latawiec przypominający raczej urywek kosmosu, przyklękając obok mnie i pokazując kolejno gwiazdy, których łacińskie nazwy znała na pamięć - Teraz będziesz mogła zobaczyć noc, podczas dnia. Kiedy tylko chcesz i kiedy wiatr zechce Ci ją przynieść.
Podniosłam się z dywanu.
Wzięłam kota pod rękę ubrana w długi i ciepły zimowy sweter oraz jeansy. Buty sportowe nasunęłam niedbale na palce, a czapką zakryłam czubek głowy. Gdy przechodziłam przez korytarz zauważyłam H, notującą coś zawzięcie w dużym zeszycie, nie interesowało mnie co to może być.
W momencie, gdy znalazłam się w linii prostej od kuchni, w której siedziała spojrzała na mnie superchłodno. Myślałam, że mnie nie zauważy, ale niestety była najbardziej spostrzegawczą osobą w moim otoczeniu.
- Drzwi są zamknięte, zmieniłam zamki - dodała.
- Em.. - zawahałam się. Zmieniła zamki? Po co? Takie rzeczy robi się, kiedy co najmniej ktoś obawia się włamania, albo wtargnięcia niepożądanej osoby.
- Autobus masz dopiero o ósmej - odłożyła notes, w którym na koniec powolnym ruchem dłoni odstawiła pióro wieczne. Jeszcze wcześniej przekreślając jakieś słowo. Może to lista ewentualności? Nie mam pojęcia. Podeszła do szafki skąd wyjęła klucz, który chwilę potem wylądował na stole.
- Wiem - już za moment miałam dodać kolejne frazy, ale ona zaburzyła mój oddech.
- Uważaj na siebie - odwróciła wzrok, zabierając swój zeszyt i po prostu wyszła do sypialni. Wydawało się, że była strapiona, ale tylko wydawało. Idealnie wręcz potrafiła ukryć emocje. Mieszać je i manipulować tym samym innymi ludźmi w sposób wyrafinowany.
Skoro nie chciała wyjaśnień, ani dalszej wymiany zdań.. Pochwyciłam za klucz, który przymocowałam do portfela i otworzyłam solidny zamek. Za niespełna godzinę bus pojawi się na zatłoczonym przystanku, pozostały 54 minuty.
Biblioteka była zamknięta. Zgodnie z tabliczką na drzwiach Annabelle miała otworzyć równo z przyjazdem mojego autobusu, także przeczekanie nie wchodziło kompletnie w grę. Mruknęłam cicho pod nosem, zdmuchując kosmyki włosów z twarzy. Postanowiłam rozglądnąć się w celu znalezienia nietuzinkowego i niezbyt legalnego sposobu przedostania się do środka. Po prostu musiałam to zrobić. Oszalałam, ale to nic nowego.
Przesunęłam duży granatowy kosz, za którym czekała na mnie wąska, śmierdząca i brudna uliczka prowadząca do frontowych drzwi i małego okienka tuż przy ziemi. Wybić je? Ale czym? Chwyciłam kamień, oddając rzut. Tyle siły w drobnej dziewczynce, że nawet nie trafiłam w szkło, o ironio. Przeszłam nieco dalej do drzwi, które oceniłam wzrokiem na zbyt masywne i zbyt wielkie. Nie wolno było nikogo obudzić, wytrychy w postaci spinki i pęsety nie zadziałały. Oparłam się o nie, osuwając na ziemię. Opadłam z sił jak myśliwy na polowaniu, które sprowadza go na manowce. Przed oczami przemknęła mi jakby sarna, uśmiechnięta złośliwie, pełna wiedzy i pewna, że nie tknę jej majestatu. Nawet króliki siedziały mi obłudnie na głowie i ramionach. Wszystko zdawało się ze mnie kpić i wyśmiewać, zabawa trwałaby w najlepsze do momentu, w którym kieszeń zaczęła mi przeszkadzać, jakby swędzieć, a raczej jej zawartość. Zaszyfrowana kartka. To był mój cel, jedyny jak dotąd. Nikt nie mógł się dowiedzieć.
Podniosłam się, otrzepując spodnie z brudu ulicy. Przypadkiem klucz wymsknął się niemalże prosto do dziury kanalizacyjnej, ale dzięki szybkiemu manewrowi - rzuceniu się na niego, w ostatniej chwili złapałam przedmiot.
Dobra, przyznaje się, byłam ofiarą losu.
I będę.
Klucz błyszczał w prześwitujących promieniach słońca. Głaskałam go palcem, oparta o drewniane wejście.
Nagle zrobiło się chłodniej i usłyszałam dźwięk przesuwania ciężkiego przedmiotu o beton. Dźwięczne wygwizdywanie melodii..
Zaraz potem huk ciężkich kroków zbił mnie z tropu. Na horyzoncie pojawił się mężczyzna, którego niestety już kiedyś wiedziałam. Niepokojący typ urody. Wychudzony, ale wyglądający na silnego w pewien sposób. Ubrany dokładnie tak jak wcześniej. Z tą samą siatką w ręku. Zbliżał się z uniesioną głową i brakiem wyrazu twarzy, która oznajmiała jedynie smutną głębię. Wokół niego nie unosiła się żadna smuga myśli, jakby nigdy nie był nimi skalany.
Odwróciłam się machinalnie w stronę drzwi i zaczęłam nimi histerycznie szarpać, kątem oka spoglądając na to, jak mężczyzna pokonuje kolejno przeszkody by dotrzeć do mnie. Ścisnęłam klucze, które ze sobą miałam i kolejno próbowałam otworzyć nimi zamek. Był już na oko 20 metrów bliżej, a strach nieustannie podkręcał atmosferę jak temperaturę w saunie. Gotowałam się. Pot spływał po moich dłoniach, jakby ktoś odkręcił kurek z wodą [tudzież potem]. Został ostatni klucz. Dobrze, że Mizerny toczył się tak wolno. W sekundzie ochrzciłam go tym pseudonimem, pasował do tego kogoś, kto najwyraźniej mnie prześladował. Klucz od domu pomimo kurczowych i natarczywych prób wpasował się idealnie. Kto by pomyślał? W tamtej chwili - na pewno nie ja.Wpadłam do pomieszczenia jak torpeda, szybko zresztą zbierając się z podłogi i z powrotem zamykając drzwi.
- Poczekaj - ciężki i ochrypnięty męski głos przebłysnął jak odbicie światła. Byłam już w środku. To miejsce miało to do siebie, że było niesamowicie zaciemnione, okna małe i wąskie, wysoko umieszczone. Gotycko. Zważywszy, że ściany miały z jakieś 2,4 metra wysokości, co najmniej. Wydawało mi się, że okien nie było wcale.
Stałam przerażona naprzeciw drzwiom, czując, że on nadal za nimi jest. Słyszałam w myślach niemalże jego ociężały oddech i sunięcie palcami po framugach. Sunięcie niewyregulowanymi paznokciami, delikatne drapanie nimi okolic zamka i wyczekiwanie na moją odpowiedź. Czego ode mnie chciał? Właściwie tyle niedomówień już dawno powinno wpędzić mnie w siwą rozpacz. Albo co najwyżej zabić.
- Wiem, że tam jesteś - bardzo wolnym tempem wymamrotał każde słowo, brzmiące chropowato i nieprzyjaźnie.
- Nie musisz się mnie bać - chwilę odsapnął - Ale możesz. I na pewno z tego skorzystasz. Pamiętaj jedynie, że nie jestem jedynym - przerwał, ja za to cały czas trzymałam ucho przy drzwiach, próbując poskromić rozszalałe bicie serca, trzymałam na nim dłoń i łapałam oddech.
- Którego będziesz się bać - odparł zdaniem, w którym końcowe "bać" przeszywało pewnością siebie.
Nagle targnęła mną tygrysia złość i niepohamowany gniew, rozglądnęłam się dookoła szukając ostrego przedmiotu. Bo jakim prawem obcy dyktuje zasady? Chwyciłam w dłoń drąg, leżący obok jakiejś skrzyni i szybko otworzyłam zamki, rozwierając na oścież drzwi. Postawa bojowa, gotowa do ataku. Mężczyzny nie było, była tylko reklamówka, z którą zwykł mi się ujawniać. Minęło jedynie kilka sekund, a on zdążył czmychnąć. Co nie było do końca łatwe bo samo przedostanie się w to miejsce w 5 minut graniczyło z cudem, ale jego nie było. Rozpłynął się jak kamfora, jak pieniążek podawany magikowi, który ma sprawić, że w tajemniczy sposób zniknie, a tak naprawdę chowa go dyskretnie w spodniach i zatrzymuje dla siebie. Chwyciłam siatkę w dłoń i spojrzałam na zegarek.
- Jezu - wymsknęło mi się do samej siebie. Była już 7:55, jakim cudem miałabym zdążyć na autobus? Wyfrunęłam z drzwi, zamykając je wcześniej. Jak z procy. Nie zdążyłam poszperać by czegokolwiek się dowiedzieć, bo w końcu coś musiało się tam kryć. Zmarnowany czas, chociaż.. Reklamówka. Zajrzałam do niej. Były tam jakieś papiery, stare zakurzone aktówki pełne mnóstwa kartek. Same imiona i nazwiska, spisy życiorysów nieznanych mi ludzi. Wyłapałam kilka danych.
Samanta Rodrigo, sprzedawczyni w sklepie monopolowym "Rockers" przy ulicy Jana Sebastiana Bacha, vice przełożona klubu Wspólnota Soothe, mężatka, czworo dzieci.
Leonard Zimiński, lekkoatleta - pracujący jako barman w pubie "Night-time24", członek klubu Wspólnota Soothe, zamieszkały przy ulicy Bowen Ave 16.
Literki znużyły mnie, postanowiłam, że później przejrzę papiery. A teraz rozpoczęłam bieg, którego wygrana - znalezienie się w autobusie i możliwość nie spóźnienia na uczelnie była wystarczająca.
Mijałam przechodniów, biegnąc. Robiłam to zręcznie jakby było dla mnie codziennością spóźnianie się, a przecież zawsze chciałam mieć wszystko dopięte i umieszczone w harmonogramie.
W pewnym momencie potknęłam się na ukruszonym kawałku kostki brukowej, przeleciałam przez kota dachowca, lądując na ziemi. Nic mi się nie stało, ale przeraziłam się. Przerażenie ogarnęło mnie ponieważ moja skóra zaczęła robić się sina i blada, zaczęłam szarzeć. Śmierdzieć stęchlizną i obumierającym ciałem w fazie livor mortis.
Odwróciłam się machinalnie w stronę drzwi i zaczęłam nimi histerycznie szarpać, kątem oka spoglądając na to, jak mężczyzna pokonuje kolejno przeszkody by dotrzeć do mnie. Ścisnęłam klucze, które ze sobą miałam i kolejno próbowałam otworzyć nimi zamek. Był już na oko 20 metrów bliżej, a strach nieustannie podkręcał atmosferę jak temperaturę w saunie. Gotowałam się. Pot spływał po moich dłoniach, jakby ktoś odkręcił kurek z wodą [tudzież potem]. Został ostatni klucz. Dobrze, że Mizerny toczył się tak wolno. W sekundzie ochrzciłam go tym pseudonimem, pasował do tego kogoś, kto najwyraźniej mnie prześladował. Klucz od domu pomimo kurczowych i natarczywych prób wpasował się idealnie. Kto by pomyślał? W tamtej chwili - na pewno nie ja.Wpadłam do pomieszczenia jak torpeda, szybko zresztą zbierając się z podłogi i z powrotem zamykając drzwi.
- Poczekaj - ciężki i ochrypnięty męski głos przebłysnął jak odbicie światła. Byłam już w środku. To miejsce miało to do siebie, że było niesamowicie zaciemnione, okna małe i wąskie, wysoko umieszczone. Gotycko. Zważywszy, że ściany miały z jakieś 2,4 metra wysokości, co najmniej. Wydawało mi się, że okien nie było wcale.
Stałam przerażona naprzeciw drzwiom, czując, że on nadal za nimi jest. Słyszałam w myślach niemalże jego ociężały oddech i sunięcie palcami po framugach. Sunięcie niewyregulowanymi paznokciami, delikatne drapanie nimi okolic zamka i wyczekiwanie na moją odpowiedź. Czego ode mnie chciał? Właściwie tyle niedomówień już dawno powinno wpędzić mnie w siwą rozpacz. Albo co najwyżej zabić.
- Wiem, że tam jesteś - bardzo wolnym tempem wymamrotał każde słowo, brzmiące chropowato i nieprzyjaźnie.
- Nie musisz się mnie bać - chwilę odsapnął - Ale możesz. I na pewno z tego skorzystasz. Pamiętaj jedynie, że nie jestem jedynym - przerwał, ja za to cały czas trzymałam ucho przy drzwiach, próbując poskromić rozszalałe bicie serca, trzymałam na nim dłoń i łapałam oddech.
- Którego będziesz się bać - odparł zdaniem, w którym końcowe "bać" przeszywało pewnością siebie.
Nagle targnęła mną tygrysia złość i niepohamowany gniew, rozglądnęłam się dookoła szukając ostrego przedmiotu. Bo jakim prawem obcy dyktuje zasady? Chwyciłam w dłoń drąg, leżący obok jakiejś skrzyni i szybko otworzyłam zamki, rozwierając na oścież drzwi. Postawa bojowa, gotowa do ataku. Mężczyzny nie było, była tylko reklamówka, z którą zwykł mi się ujawniać. Minęło jedynie kilka sekund, a on zdążył czmychnąć. Co nie było do końca łatwe bo samo przedostanie się w to miejsce w 5 minut graniczyło z cudem, ale jego nie było. Rozpłynął się jak kamfora, jak pieniążek podawany magikowi, który ma sprawić, że w tajemniczy sposób zniknie, a tak naprawdę chowa go dyskretnie w spodniach i zatrzymuje dla siebie. Chwyciłam siatkę w dłoń i spojrzałam na zegarek.
- Jezu - wymsknęło mi się do samej siebie. Była już 7:55, jakim cudem miałabym zdążyć na autobus? Wyfrunęłam z drzwi, zamykając je wcześniej. Jak z procy. Nie zdążyłam poszperać by czegokolwiek się dowiedzieć, bo w końcu coś musiało się tam kryć. Zmarnowany czas, chociaż.. Reklamówka. Zajrzałam do niej. Były tam jakieś papiery, stare zakurzone aktówki pełne mnóstwa kartek. Same imiona i nazwiska, spisy życiorysów nieznanych mi ludzi. Wyłapałam kilka danych.
Samanta Rodrigo, sprzedawczyni w sklepie monopolowym "Rockers" przy ulicy Jana Sebastiana Bacha, vice przełożona klubu Wspólnota Soothe, mężatka, czworo dzieci.
Leonard Zimiński, lekkoatleta - pracujący jako barman w pubie "Night-time24", członek klubu Wspólnota Soothe, zamieszkały przy ulicy Bowen Ave 16.
Literki znużyły mnie, postanowiłam, że później przejrzę papiery. A teraz rozpoczęłam bieg, którego wygrana - znalezienie się w autobusie i możliwość nie spóźnienia na uczelnie była wystarczająca.
Mijałam przechodniów, biegnąc. Robiłam to zręcznie jakby było dla mnie codziennością spóźnianie się, a przecież zawsze chciałam mieć wszystko dopięte i umieszczone w harmonogramie.
W pewnym momencie potknęłam się na ukruszonym kawałku kostki brukowej, przeleciałam przez kota dachowca, lądując na ziemi. Nic mi się nie stało, ale przeraziłam się. Przerażenie ogarnęło mnie ponieważ moja skóra zaczęła robić się sina i blada, zaczęłam szarzeć. Śmierdzieć stęchlizną i obumierającym ciałem w fazie livor mortis.
Czy ja naprawdę zaczynam umierać? Kot dachowiec momentalnie przeobraził się Simona, możliwe, że cały czas to był mój martwy kot, który pojawia się i znika. łasił się do nogawki. Livor mortis to inaczej plamy opadowe, jedna z pierwszych oznak zgonu. Zaraz po nim uwalnia się trupi jad. Zaczynam się rozkładać? A moje PH zmieniać? Marznę. Drętwieje, jest mi zimno. W uszach livor mortis zamienia się w piosenkę złożoną z jednego słowa, które syczy diabeł. Ssssss, Ssssssss, Śśśśśśś, śśśśśmierć.
Wstałam z kafelków. By iść przerażona, gubiąc za sobą chusteczki niczym księżniczka pantofelki - tylko o wiele mniej zgrabnie i o wiele mniej powabnie. Jakim prawem mogę umrzeć? Wlekłam chodniku swoje ciało, opadnięte z sił.
Przecież nocne paskudy mówiły inaczej, przecież demony nie spalają swoich mieszkań, w których dobrze im się żyje, a teraz jedno z nich płonie. Zaczynam piszczeć. Jęczeć, skomleć, tylko zbyt cicho by ktokolwiek mógł usłyszeć. Trzymałam głowę biegnąc przez ulicę. Głosy w głowie i chłód wydobywający się, do licha, z mojego własnego ciała.. To wszystko, niepojęte wszystko. Nie zauważyłam nawet kiedy moje nogi wdepnęły w białe paski potocznie nazywane pasami dla pieszych. Żaden kierowca ich nie widzi, wiec dlaczego ja miałam? Tak zdesperowana, potłuczona chodząca świadomość porażki miała prawo. Ułamki czasu, piski opon, prawie.. Dosłownie prawie. Moje ciało zadrżało. Kierowca ślizgał się po powierzchni jak w chaotycznym spektaklu. Poczułam gwałtowny ucisk wdrażający się w głąb mojego ciała, ale ucisk szybko minął - razem ze świadomością. Przed zemdleniem widziałam niebieskie tęczówki kogoś wybiegającego ze mną na ramionach spod karambolu.
Przecież nocne paskudy mówiły inaczej, przecież demony nie spalają swoich mieszkań, w których dobrze im się żyje, a teraz jedno z nich płonie. Zaczynam piszczeć. Jęczeć, skomleć, tylko zbyt cicho by ktokolwiek mógł usłyszeć. Trzymałam głowę biegnąc przez ulicę. Głosy w głowie i chłód wydobywający się, do licha, z mojego własnego ciała.. To wszystko, niepojęte wszystko. Nie zauważyłam nawet kiedy moje nogi wdepnęły w białe paski potocznie nazywane pasami dla pieszych. Żaden kierowca ich nie widzi, wiec dlaczego ja miałam? Tak zdesperowana, potłuczona chodząca świadomość porażki miała prawo. Ułamki czasu, piski opon, prawie.. Dosłownie prawie. Moje ciało zadrżało. Kierowca ślizgał się po powierzchni jak w chaotycznym spektaklu. Poczułam gwałtowny ucisk wdrażający się w głąb mojego ciała, ale ucisk szybko minął - razem ze świadomością. Przed zemdleniem widziałam niebieskie tęczówki kogoś wybiegającego ze mną na ramionach spod karambolu.
Puf.
Leżę na ziemi, na ziemi chodnika. A przy mnie przykuca twarz nieznajomego. Wpatruje się w moje zaschnięte oczy.
To była iluzja, dałam się nabrać. Wkręcona w żart diabła. Wpadłam.
To była iluzja, dałam się nabrać. Wkręcona w żart diabła. Wpadłam.
Mężczyzna z samochodu szybko wysiadł by sprawdzić co ze mną, gdybym mogła odpowiedzieć na jego durne pytania..
- Żyjesz?! Halo?! Umarłaś?! Nie żyjesz, Jezu! Słyszysz mnie?!
Odpowiedziałabym tak: "Nie, wcale nie żyje, jestem w postaci wesołego zaschniętego trupa, a moje tętno i widoczne bicie serca wcale nie świadczą o życiu w moich żyłach, masz rację" Mogłaby się roześmiać, ale nie było mowy nawet o otworzeniu ust, zemdlałam. A mimo to wciąż mogłam buszować w umyśle ludzi, gdzieś poza doczesna świadomością, może jednak miałam dar..
- Żyjesz?! Halo?! Umarłaś?! Nie żyjesz, Jezu! Słyszysz mnie?!
Odpowiedziałabym tak: "Nie, wcale nie żyje, jestem w postaci wesołego zaschniętego trupa, a moje tętno i widoczne bicie serca wcale nie świadczą o życiu w moich żyłach, masz rację" Mogłaby się roześmiać, ale nie było mowy nawet o otworzeniu ust, zemdlałam. A mimo to wciąż mogłam buszować w umyśle ludzi, gdzieś poza doczesna świadomością, może jednak miałam dar..
Potem była juz tylko karetka i jaskrawo czerwono-niebiesko-żółte światła.
Wylądowałam w miłej, przytulnej szaro-zielonej szpitalnej salce. Nie mogłam jej oczywiście ujrzeć, bo zapadłam w śpiączkę - to oczywiste. Obłędnie.
Spóźniłam się na uczelnie, na bank.
Spóźniłam się na uczelnie, na bank.